Opowieść Linusa zaczyna się w sumie od wspomnienia naszej protagonistki, które przygotowuje nas nieco na główny motywator tej ścieżki. „Zawsze podążaj za swoim sercem!” – uczy ją matka, co chyba nie czyni z niej dobrego doradcy, bo jakby jej latorośl sprowadziła do domu toksycznego narcyza z uzależnieniami, niespłaconym obowiązkiem alimentacyjnym i odsiadką na horyzoncie za przemoc domową, to mogłaby się dwa razy zastanowić, czy jednak czasami nie warto zaangażować też w decyzje związkowe innych organów. Płuc, trzustki, tarczycy, a zwłaszcza mózgu. Do wyboru, do koloru, kto co woli. Trochę tego w ciele mamy.
W każdym razie Linus to trzeci love interest z „podstawowego składu”, który należy do domu szlacheckiego o uroczym nazwisku Ward. Jego członkowie wywodzą się od Cù- sídhe / Cù-sith, który w irlandzkim i szkockim folklorze był po prostu… no, dużym (często zielonym) psem. Potrafił co prawda super polować, zwiastował niekiedy śmierć, ale ogólnie to tylko wilko-podobny-zwierz, którego wyspiarze widywali, gdy za dużo wypili, chcieli nastraszyć nielubianego sąsiada, a mgła robiła się zbyt gęsta. Nic szczególnego. W czym dokładne tłumaczenie tej nazwy to dosłownie „pies sídhe”, gdzie „cù”, tak jak w imieniu bohatera Cú Chulainn, oznacza psa, a „sídhe” lub „sith” (czyt. Szi) rasę potężnych istot zamieszkującą północną część Europy nim wpierdzielił się tam człowiek (po szczegółowy zapraszam do Księgi Inwazji, czyli w sumie obowiązkowej pozycji dla miłośników mitologii goidelskiej).
Czy ten wstęp ma jakieś znaczenie dla naszej ścieżki? Niewielki, bo twórcy poszli w licentia poetica i przedstawili własną wersję tego, z czym bycie Cù-sídhe się wiązało. A dokładniej to przedstawiciele tej rasy psów-obrońców byli magicznie zmuszeni, by za wszelką cenę bronić kobiet fae. Czemu tak? Pojęcia nie mam! Szczególnie że to często one były potężniejszymi bytami od swoich męskich odpowiedników, np. różne Pani Jeziora. Można jednak odgadnąć, że skoro najpotężniejszą i najważniejszą istotą w Albionie była Królowa Tia, to jej bezpieczeństwo traktowano priorytetowo.
W każdym razie nasza MC, czyli Rose, szukająca zemsty i udająca służkę domu Bernstein, poznaje Linusa tak jak większość obsady – w trakcie przygotowań do konferencji. Dokładniej to w rezydencji swoich pracodawców, gdzie szlachta zbiera się, by opracować dla królowej specjalny event. Mają zapewnić jej rozrywkę i bezpieczeństwo, bo ilość antyrojalistów rośnie i nigdy nie wiadomo, co wrogom Tii strzeli do głowy. A mnie rozwaliło – dosłownie rozłożyło na łopatki – że już na tym etapie gry wiemy, iż tylko Linus na poważnie pojawił się w tym celu. Cała reszta to była banda zdradziecków żmijców, z których pomocy Rose mogła śmiało korzystać, gdyby tylko poznała prawdę. XD
W czym jeśli chodzi konkretnie o Linusa, to MC spotyka go po raz pierwszy drzemiącego w ogrodzie. Okazuje się, że facet ma często koszmary, więc potem odsypia zarwane noce w losowych miejscach. Poza tym był przyjacielski, bystry, bardzo silny i na liście top 10 idealnych kawalerów do wyrwania, bo szlachcianki otaczały go jak miłośnicy plastikowych butelek kaucjomaty. W czym, niestety, jego serce było zaryglowane. Dlaczego? Bo wciąż nie otrząsnął się on po swojej pierwszej – i jak dotąd jedynej – miłości, do poznanej w dzieciństwie przyjaciółki. Póki co jednak, ku własnemu zdziwieniu, odkrywa, kiedy MC próbuje go w ogrodzie zbudzić, że ta pragmatyczna służka Bernstein i jego dawna luba mają podobny zapach… Zaczyna się więc odtąd nią troooszkę bardziej interesować.
A przynajmniej na tyle, że mamy okazje poznać inne strony jego charakteru. Dla przykładu, dla wyluzowania, zabiera on MC ze sobą na miasto i pokazuje jej swój ulubiony lokal. Dla Rose nie jest to sytuacja typowa, ale jak wiemy, ona miała dość spore ego, więc gdy postawiono przed nią piwo, to ani myślała protestować. Wręcz przeciwnie, łyknęła wszystko, a potem zaczęła gadać dość dziwne rzeczy. Btw. to mógłby być jeden z najbardziej żenujących bad endingów, gdyby wtedy coś chlapnęła. Na szczęście ograniczyła się do biadolenia, że Linus przypomina jej wesołego psa Chestera, którego niegdyś znała…
Ten wesoły nastój miła jednak szybko, gdy MC ma już też szansę nieco wytrzeźwieć, bo bohaterowie wpadają na dziecięcych kieszonkowców. Aby przypodobać się Linusowi, Rose pomaga mu jednego ze złodziejaszków złapać, ale nawet nie podejrzewa wtedy, że popełniła błąd. Linusowi bowiem jakby się jakiś włącznik przestawił pod kopułą. Mówi dzieciakowi, że podejrzewa go o bycie antyrojalista, a skoro tak, to połamie mu nogi i wyciągnie z niego prawdę. W czym to nie jest żart ani takie heheszki, z którego słynie archetyp genki, do którego Linus podobno aspirował. Przestraszona MC dosłownie błaga go, aby sobie odpuścił i oddał dzieciaka strażnikom, którzy i tak nadbiegali, ale nasz love boy odpuszcza dopiero po długich namowach. Co mnie osobiście mocno zdziwiło, bo 1) facet nie działał wtedy pod wpływem zaklęcia czy jakiegoś geis, 2) naokoło było wtedy pełno świadków – w tym Rose, której załatwiłby niezłą traumę, 3) faktycznie wystarczyło tylko poczekać, bo posiłki nadchodziły, 4) to był tylko dzieciak, którego jedynie PODEJRZEWAŁ, a nie złapał na gorącym uczynku. Na miejscu Rose zdystansowałabym się od typa mocno, bo przypominałby mi okrucieństwem pełnokrwistę fae, ale MC jakoś to nie ruszyło, więc… Oh well?
Chociaż małe wtrącenie: nie mam nic przeciwko nieco moralnie wątpliwym love interest pod warunkiem, że ich otoczenie to zauważa, ale tutaj mam wrażenie, że Linusowi się jakby upiekło? Scenarzyści wprowadzili tak szokującą scenę, ale nie miała ona żadnych fabularnych konsekwencji. Jedyne co, to mogliśmy podziwiać talent seiyuu, bo genialnie zmienił głos na potrzeby groźby. Wiecie, jak tak sobie myślę o postaciach, które byłyby do czegoś takiego zdolne (typu Yang z „Piofiore” albo Saschen z „Steam Prison”), to oni są po części antagonistami. Więc co tu się odwaliło, że tutaj nikt tego nie skomentował? Ani „narrator, ani otoczenie, ani protagonistka? Bo z Linusa jest taki genki, jak z koziej pupci trąbka? XD.
W każdym razie, po tych wydarzeniach, Linus postanawia zaangażować MC w dość niebezpieczne zadanie. Zauważył bowiem, w trakcie konfrontacji ze złodziejem, że zna ona sztuki walki. Miała więc być jego przykrywką w trakcie misji w operze, gdzie udawała się sama Królowa Tia. Innymi słowy, Linus chciał, aby Rose robiła za jego kochankę, co skutecznie odstraszyłoby od niego szlachcianki, a on sam mógłby skupić się na obserwowaniu tłumu. Nie muszę chyba dodawać, że dla Edwarda cały ten plan, by narażać jego służbę, był idiotyczny, ale Linus sprytnie wykorzystał sytuacje, gdy w pobliżu była też Lily i wspólnymi siłami przekonali blondaska. Na dodatek sama Rose nie miała nic przeciwko, bo również liczyła, że się czegoś dowie.
Bohaterowie rozpoczynają więc przygotowania i Rose pobiera trochę lekcji dotyczących dobrych manier. W czym te ćwiczenia tak ekscytują Linusa, że pojawiają się jego psie uszy. Chociaż… trudno powiedzieć, możliwe również, że to interwencja Oberona, bo wyleciał on ukradkiem z zegarka i skubnął młodzieńca, gdy ten znowu odpoczywał na trawce. W każdym razie dla MC jest to ostateczny dowód, że dziewczyna z przeszłości Linusa to… nie kto inny, jak ona sama! Dlaczego?
Czas na backstory! Pamiętacie, że Linus miał w dzieciństwie ukochaną? No to 8 lat temu, gdy został ranny podczas ćwiczeń, napotkał w lesie dziewczynkę o imieniu Aprose. Randolphowie ukrywali się wówczas w okolicy ze swoją rodziną, ale nie potrafili odmówić pomocy rannemu i nieprzytomnemu chłopcu. Od tej pory Liam (bo tak się wówczas przedstawił), już po rekonwalescencji, bawił się z Aprose we wspinanie po drzewach czy w berka, co było dla niego pierwszy raz czymś aż tak beztroskim i wesołym. Zakochał się także w dziewczynce, która nie wyśmiała jego wyglądu, ale wręcz pochwaliła, bo sam miał kompleksy na punkcie swoich zwierzęcych uszu, a te ujawniły się pewnego dnia same, podczas gonitwy. I tak w sumie upływał im czas, spokojnie i wesoło, aż Linus wygadał się rodzinie, że w lesie widuje jakieś dziecko, odkryto, że to prawdopodobnie zdrajcy Randolphowie i… resztę już znacie.
Więc tak, facet, nawet jeśli nie intencjonalnie, był przyczynił się do zagłady najbliższych Rose i to niedługo po tym, jak niby wyznał jej miłość. W czym w typowej grze otome, w tym miejscu, bohaterowie wyznaliby sobie prawdę, wybaczyli i rzucili w ramiona. Albo MC byłaby tak durna, że do samego finału nie dodałaby dwa do dwóch. Tymczasem nasza cudowna Rose od razu orientuje się, że eeej, ja już kiedyś gdzieś widziałam takie uszy… Więc to ty musisz być Liamem… Czyli mnie wtedy okłamałeś itd. A to prowadzi ją do wniosku, że musi wykorzystać tamtą więź na swoją korzyść. Widziała coraz częściej, że szlachcic czuje wobec niej miętę, czy to ze względu na to, że przypominała mu dawną miłość, czy cokolwiek innego. Uznała więc, że najlepiej będzie go trochę uwieść i tym samym zyskać przewagę. Nie wątpiła bowiem, że jest dalej niebezpieczny i lojalny tylko wobec królowej. Kusiło ją jednakże, aby trochę zagrać na jego uczuciach.
Tak zaczyna się dość niebezpieczna gra (niepochwalana np. przez Johna czy Oberona). W operze Rose ociera się o towarzyszącego jej młodzieńca, posyła mu uśmiechy, pomaga wypełnić misję… Niestety na horyzoncie, w okolicy budynku, znowu pojawia się kieszonkowiec i Linus wpada w tryb agresji, której zapobiec próbuje dosłownie tłum osób, bo: Edward, Alfred, Rose, Lucas i Ascot. Dosłownie wszyscy znaleźli się w operze. W czym jakoś udaje się im to wszystko odkręcić i przekonać Linusa, by dał se już siana z tą próbą torturowania dziecka. Ponieważ jednak negocjacje długo trwają, a stali wtedy na mrozie, to MC przeziębiła się, zasłabła i zamiast do domu, Linus zabrał ją do siebie, aby odpoczęła i podreperowała siły. Dość… kontrowersyjne zachowanie. Na dodatek pewnie obraźliwe dla Edwarda, bo znowu ktoś sobie rozporządzał jego służbą, ale MC była wdzięczna za okazaną troskę. Na tym etapie także już coś czuła do młodego Warda, ale mnie to trochę nie przekonywało. Jasne, facet zaniósł się do łóżka i zaśpiewał kołysankę, ale to ten sam typ, co chciał torturować każdego, kto sprzeciwiał się szalonej królowej… Jasne, postawił jej kiedyś piwo, ale nie wiedziałam, że Rose to typ osoby, której wystarczy jeden drink. XD
Dalej sprawy się komplikują, ale dosłownie na życzenie MC. Zaczyna ona się pojawiać w różnych, podejrzanych miejscach, bo próbuje nawiązać kontakt z antyrojalistami. W czym dosłownie co krok wpada wówczas na Linusa, który zaczyna ją podejrzewać. Po co bowiem miałaby łazić nocą po ciemnych zaułkach albo odwiedzać osoby, którym jawnie zarzucano zdradę? A ponieważ dziewczyna nie umie wykręcić się żadnym kłamstwem, to decyduje się na kartę uno: odwraca rozmowę na tory sugerujące, że jest Linusem romantycznie zainteresowana i dlatego za nim łazi, a on odwdzięcza się jej tym samym.
Potem, jednak gdy sytuacja się powtarza i znowu wpadają na siebie w szemranych okolicznościach, to szlachcic ma dość. Rozkazuje Rose powiedzieć prawdę, a to odwala coś w stylu: przecież wiesz, co do ciebie czuje, Lordzie Linus! Nigdy bym nie robiła nic, co uczyniłoby nas wrogami! A skoro tak, to Linus nakazuje jej to udowodnić. Jak? Ano w swojej sypialni, gdzie jest sporo buzi-buzi, by na koniec parka zasnęła w swoich ramionach. A biedny Oberon musiał to wszystko oglądać, bo zegarek spadł na podłogę i król fae stał się mimowolną widownią…
Jakiś czas później do siedziby Linusa wpada Edward, by upomnieć się o Rose i zauważyć, że wszelkie linie przyzwoitości i zdrowego rozsądku zostały przekroczone. Panowie co prawda pertraktują, ale ostatecznie to do MC należy decyzja, czy chce zostać, czy wraca do domu i decyduje się na to drugie. Głównie dlatego, że już tyle zostało powiedziane między słowami, że Linus także domyślił się już, kim ona jest. Dalej postrzegał ją jednak jako wroga, co mnie już trochę męczyło. On ciągle gadał, że jak tylko udowodni jej zdradę, oh, to jak ona tego pożałuje. Jaki on jest bezwzględny. I jakie wierny królowej. A tymczasem Rose jawnie, na jego oczach, cały czas posuwała swoją intrygę do przodu i Linus nie robił nic. No to on był pod wpływem geis/uroku czy nie był? Jak to jest, scenarzyści?
W przeddzień eventu, w którego trakcie antyrojaliści planują atak, Linus odwiedza zresztą ostatni raz rezydencje Edwarda, by pożegnać się z Rose i wprost jej powiedzieć, że ucieszyła go ich wspólna zabawa w berka. I ta w przyszłości, gdy byli dziećmi, i ta, gdy już jako dorośli, pewnego razu bawili się razem z młodocianymi wychowankami Wardów. Tak czy inaczej, jest to rozstanie. Okraszone dodatkową wizytą Ascota, który przyjechał tylko po to, by dać MC sztylet ze srebra do zasiekania królowej XD. Miło, że wpadłeś. Szkoda, że nie zrobiłeś tego na oczach Linusa.
I tak dochodzimy do momentu, gdy spiskowcy faktycznie wykorzystują zamieszanie wywołane w pałacu, by zaatakować królową. Linus i Rose wpadają na siebie na korytarzu i rozpoczynają walkę. Rzekomo na śmierć i życie, dziewczynie udaje się jednak wykorzystać swoją moc fae, aby zaskoczyć ukochanego i uciec. Ale czy rusza za nią w pogoń? Nie od razu. Po raz kolejny przypałętał się bowiem Ascot, aby oznajmić młodemu Wardowi, że ej, dude, ale ty wiesz, że cù- sídhe mają nakaz pilnować żeńskich fae… ale sam możesz wybrać którą? Co mnie już absolutnie rozłożyło na łopatki, bo to oznaczało, że Linus wcale nie był związany jakimś tam zaklęciem, ale swoim uporem. Dosłownie POSTANOWIŁ, że będzie przeciwko MC i wybierze Tię. No dobra…
W sali tronowej dochodzi do następnej walki, tym razem z głównymi bossami, i MC odkrywa, że wcale nie będzie tak łatwo zabić władczynię. Głównie dlatego, że pojawił się tam również Oberon, a on ani myślał dać zasiekać swoją żonę, bo chciał ją tylko osłabić i zabrać do Tír na nÓg. Na szczęście dla Rose, gdy już zaczyna przegrywać, pojawia się Linus ze świeżym postanowieniem noworocznym. Zdecydował się wybrać miłość nad służbę i pomaga dziewczynie pokonać królową. Jasne, płacze przy tym, bo jako Ward najdotkliwiej odczuł zerwanie więzi z władczynią, ale w sumie to nie wiedzą, czy ona umarła, zniknęła, czy co się z nią stało. Podobnie jak z Oberonem.
Po tym wszystkim ktoś by pomyślał, że parka zostanie z resztą szlachty i pomoże zająć się reformacją ustroju, ale… nie. Jadą w podróż na ziemie Wardów, aby posprzątać sprawy ich domu. Czyli de facto, poza dokonaniem zemsty, grzebanie w popiołach już ich nie interesowało. Co było… niespodziewane, bo jak dotąd Rose miała w sobie sporo poczucia obowiązku (odziedziczonego po części po Randolphach) i większości wypadków współpracowała z resztą obsady nad odbudową Albionu. No, ale najwidoczniej nie tym razem. Albo może po prostu Linus nie był w stanie na nich wszystkich jeszcze patrzeć, skoro teraz wiedział, że dosłownie każdy jeden zrobił go w bambuko. (Co brzmi trochę jak japońskie słowo…).
W złym zakończeniu to John ratuje Rose w trakcie konfrontacji z Linusem w pałacu i wyciąga ją praktycznie siłą ze szponów wrogów. Potem jednak dziewczyna popada w apatie, która trwa aż do wizyty w jej rodzinnych stronach, w Eltbeak. Tam przypadkiem, na skraju rozpaczy, dziewczyna wpada w zasadzkę Wardów, bo nie spodziewała się spotkać ponownie i tak szybko Linusa. Uznaje jednak, że to super okazją, by nawet jeśli królowa była poza jej zasięgiem, ukarać jej pionka. Wykorzystując swoje moce kontrolowania umysłów, dziewczyna nasyła Wardów na siebie i śmieje się, patrząc, jak jej ukochany zabija swoich krewnych…
W innym zakończeniu Rose decyduje się współpracować z Edwardem, który planował pokojowo obalić monarchię, a tym samym dać MC szansę, by nie musiała walczyć z Linusem. Niestety czas nie działa na ich korzyść i walcząc do upadłego z antyrojalistami, Linus zostaje pewnego dnia zabity. Zdruzgotany Edward obwinia się wtedy za to, że z zazdrości rozdzielił Rose z jej ukochanym, a ona godzi się na zostanie jego kochanką, by wspólnie przypominali sobie o swojej stracie i grzechu.
I to by było na tyle. Ścieżka była bardzo nierówna, bo potrafiła mieć tyle samo mocnych, ciekawych momentów, co również pośpiesznych i chyba pisanych na kolanie. Zupełnie jakby miano jakieś pomysły na trop „od wrogów do kochanków”, ale zabrakło czasu antenowego, aby go zrealizować. Nie kupowałam też przemiany uczuć Rose ani jej motywacji w tym wydaniu, bo jasne, Linus był dobrą partią, ale czy oni faktycznie zbudowali razem tak silną więź? Na dodatek opartą na czymkolwiek innym niż wspomnienia z przeszłości? Moim zdaniem nie. Dla przykładu taki Alfred imponował jej poświęceniem dla rewolucji, Edward nieludzką wręcz dobrocią, John był z nią praktycznie od zawsze, a z Lucasem odnalazła więź w bólu i w żałobie za rodziną, a z Linusem? … Poszli na piwo i do opery? … I to już?
Dziwiło mnie też dziwne niezdecydowanie twórców, co do samej sprawczości Linusa. Raz nam mówią, że był tylko dzieckiem, który nie miał świadomości, co się stanie, jeśli powie Wardom o Aprose, ale potem… pokazują go jak maszynę, która jest tak skoncentrowana na misji, że niby wypełnia rozkazy bezwolnie. No to jak z nim było? Faktycznie działał pod wpływem zaklęcia, czy potem po prostu uznał, że skoro już kiedyś skiepścił, to teraz będzie szedł za ciosem, aby tak ciągle nie zmieniać zdania? Ejże, scenarzyści, proszę o sprostowanie w fandisku! Bo macie tutaj więcej dziur logicznych niż na polskich drogach. A to już wyczyn.
Zwłaszcza że w ścieżce Edwarda pokazujecie więź Cù- sídhe z Królową, jakby jej zniknięcie mogło im wyrwać dziurę w sercu. Mogę więc sobie spekulować, że jej okrucieństwo i szaleństwo też jakoś na nich emanowało, ale nie ukazano tego dobrze w tej ścieżce. A przydałoby się. Wtedy znacznie lepiej rozumielibyśmy zachowanie Linusa i był on postacią znacznie bardziej tragiczną. Wręcz pozbawioną woli, bo zawsze jakaś potężna kobieta-fae mogła, by zrobić z niego swojego pionka.
Nie do końca podobał mi się też design Linusa, ale to kwestia gustu. Mam na myśli – ten z psimi uszami, bo wraz z pazurami i skrzydłami, po prostu za wiele tam się działo. Zaczynał wyglądać dziwacznie, a nie groźnie. Zlewał mi się też od tej ilości pomarańczu z niektórymi backgroundami, a i jako jedyny ubiorem miał nawiązywać jakoś do Szkotów, co też wyszło tak se w momencie, gdy inni noszą randomowe łachy bez ładu składu. Ale biorę poprawkę na to, że ilustratorzy gier otome w ogóle mają wylane na reaserch, jeśli chodzi o ubiory czy broń.
Zdecydowanie żałuję, że nie postawiono tu „kropki nad i”. W sensie nie dano nam prawdziwie zdeterminowanego, silnego bohatera, który nie cofał się przed niczym dla Tii. Wiecie, takiego w stylu samuraja, który, nawet gdy wie, że coś jest złe, to wybiera lojalność panu. Tymczasem tutaj tego nie widziałam, a scenka z Ascotem wypadła wręcz komicznie. Dosłownie na zasadzie „Poważnie nie muszę służyć królowej?! Jej, stary, dobrze, że mi powiedziałeś, bo właśnie miałem iść zabić moją miłość życia!”. Heh… To już Linus wypada dużo, dużo lepiej w Bad Endingu Edwarda. Nie będę jednak tutaj go spoilerować. Zapraszam do drugiej recenzji.
A tym czasem, kończę już to narzekanie. Zwłaszcza że zwykle uwielbiam postaci pokroju Linusa – niby genki, ale z twistem. Szkoda. Coś czuję, że Wardowie nie odzyskają już mojej sympatii.
