Shigehira w grze podstawowej od zawsze miał sporą rzeszę fanów i dziwiłam się, że nie awansowano go od początku na love interest, bo wydawał się idealnie pasować do tej roli. Na dodatek przypominał mi niezwykle popularnego Okitę Sojiego z serii „Hakuoki”. Dlaczego? Bo podobnie jak samuraj z Shinsengumi, Shigehira był dobrze urodzony, pyskaty, spostrzegawczy, nieco hedonistyczny, absolutnie lojalny (ale tylko wobec jednej osoby) …i szalenie samotny. Do tego stopnia, że pomimo całej swojej pyszałkowatości i niesamowitej siły, często przypominał zagubionego chłopca. Niestety, w głównej fabule, pozostawała mu rola antagonisty, więc zwykle umierał gdzieś na skraju opowieści, w idiotyczny sposób, często w bitewnym szale, albo wykonując polecenia swojego braciszka.
Tak zresztą zaczyna się też jego historia w fandisku. W sensie: nie od zgonu, ale od rozkazów. Shigehira widzi, że Tomomori wzdycha z tęsknoty za Shanao, która uciekła z jego zasadzki i ukryła gdzieś w odległej prowincji. Postanawia więc nieco się niisanowi przypodobać i sprawdzić, czy nie ma jej przypadkiem w Oshu. W czym nie kieruje nim nic innego, poza zwykłą ciekawością i chęcią bycia użytecznym. Chce po prostu zrozumieć, dlaczego Tomomori, który olewał wszystko i wszystkich (w tym rodzinę), miał taką obsesję na punkcie Shanao. Możliwe też, że był nieco zazdrosny.
A jak postanowił, tak czyni. Shigehira udaje się do Oshu, faktycznie znajduje tam Shanao i postanawia się przy niej nieco pokręcić, by znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. W czym klan Fujiwara nie ma w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia, bo obawiają się, że inaczej Taira no Kiyomori wypowie im wojnę. Dlatego wolą cierpliwie znosić obecność nieproszonego gościa. Zwłaszcza że tak naprawdę nie zawracał im zbytnio głowy, bo cała jego uwaga skupiała się na Shanao.
Shigehira postanawia zabawkę brata nieco pomęczyć, dlatego chętnie wydaje jej polecenia. Każe się oprowadzać po mieście, zabawiać w trakcie bankietów, nalewać sake, a nawet przynosić wodę, gdy musi ugasić pragnienie… Na tym etapie Shanao uważa go przez to za rozpuszczonego, wrednego (chociaż przystojnego) buca, który wykorzystuje swoją pozycję do prześladowania innych. Z czasem jednak zaczyna zauważać – mimowolnie – także jego pozytywne strony, jak np. że Shigehira naprawdę kochał brata, więc był zdolny do głębszych emocji, a także potrafił ją rozbawić, gdy czuła się przytłoczona troskami. Jego pozbawiony stresów, wyluzowany sposób życia, pozwalał jej zapomnieć, że są w środku wojny, należą do Heike i Genji, różni ich praktycznie wszystko, bo… w innym świecie i czasach mogliby być kumplami. Nawet lord Fujiwawa zauważa, że młodzi mają fajną dynamikę, widać, że dobrze się razem bawią, Shigehira odnajdował się powoli w towarzystwie wasali Shanao i ogólnie zaczęła się między nimi budować dziwna więź. W sumie to oni byli praktycznie rówieśnikami, więc nic zaskakującego, że się lepiej rozumieli niż np. Shanao z dużo starszym Yoritomo.
Przypieczętowaniem tej nieoczekiwanej relacji stają się wspólne sesje sparingowe, na czym korzystają wszyscy – w tym Shungen i Benkei. W efekcie młodzi zaczynają dzielić nawet posiłki, po wyczerpującym treningu, aż w pewnym momencie trudno uwierzyć, że kiedykolwiek byli wrogami. (Chociaż początkowo Shigehira uważa okazywanie takiej uwagi służbie za idiotyczne, a także nie ogarnia, czemu Shanao kłopocze się kupowaniem dla podwładnych suszonych owoców w nagrodę. Z czasem widać jednak, że także chciałby „należeć do paczki”, a przede wszystkim móc uważać Shanao za swojego przyjaciela).
Wreszcie MC zaczyna się nawet o młodego samuraja troszczyć. Na przykład martwi się, gdy z powodu choroby nie dołącza do kolejnej sesji treningowej i postanawia się nim wówczas zaopiekować (zmieniać mu okład chłodzący czy przynosić jedzenie). Sprawy nabierają jednak przypadkowo niebezpiecznego obrotu. Otumaniony gorączką Shigehira przyszpila bohaterkę do ziemi i „zjada” część jej życiowej energii, co pozwala mu odkryć, że jego „nowy przyjaciel” jest tak naprawdę kobietą. A skoro tak, to szybko dodaje dwa do dwóch i uświadamia sobie, że plany Tomomoriego wobec Shanao są znacznie bardziej mroczne niż podejrzewał. Nie chodziło tylko o fascynacje młodym, utalentowanym Genji, ale o możliwość porwania i uwięzienia księżniczki. A chociaż dalej uwielbiał swojego brata, to zgodził się zachować sekret dla siebie. Nie pisze nawet listu do Tomoriego i ostatecznie opuszcza Oshu tak nieoczekiwanie, jak się pojawił. Znika w momencie, gdy do Shanao dociera wiadomość, iż Yoritomo wyruszył na front i powinna do niego dołączyć. Czyli w sumie idealnym, by uniknęli dalszych problemów.
Przygnębiony Shigehira nie rozumie własnych uczuć, ale przeraża go postawa Tomomoriego, a także to, co dzieje się w stolicy. Odkąd zyskał dzięki Shanao nową perspektywę, zrozumiał, jak samotne, puste i nudne było jego życie, oraz jak Heike mają wylane na swoich ludzi. Że tak naprawdę nigdy nie powinni rządzić. Co więcej, zaczyna też dostrzegać szaleństwo swojego niisana, który przedtem był dla niego niedoścignionym wzorem, ale teraz jawił mu się bardziej niczym… potwór. Dla Shigehiry wolność Shanao, jej szczęście, spokój i możliwość wesołego spędzania razem czasu były najważniejsze. Tymczasem jego niisan uważał, że kobietę trzeba zniewolić, doprowadzać do rozpaczy i dręczyć, bo tylko wtedy jest „najpiękniejsza”. Trudno więc było pogodzić te dwa podejścia.
Do kolejnego spotkania pary dochodzi jednak dopiero na froncie. W trakcie jednej z bitew Shanao w obawie o przyjaciół wpada w szał bojowy i traci kontakt z rzeczywistością. Obecny wówczas po drugiej stronę konfliktu Shigehira postanawia jej pomóc, bo doskonale rozumiał, jak działa ta moc, chociaż nie miał pojęcia, że dziewczyna też nią dysponuje. Dlatego udaje mu się ją spacyfikować, chociaż odnosi przy tym rany, zabiera do lasu, a tam czeka, aż dziewczyna odzyska zdrowie i zmysły. Pomaga też poprzez przekazanie jej własnej energii życiowej, a także tłumaczy więcej na temat samego kontrolowania mocy. Co w sumie uświadamia bohaterce, że gdyby Shigehira się nie pojawił w porę i jej nie ocalił, to pewnie byłaby już martwa, albo nieświadomie skrzywdziłaby swoich przyjaciół. To zasiewa w niej ogromne poczucie wdzięczności i lęka się, że gdy spotkają się ponownie, los zmusi ich do stanięcia przeciwko sobie.
I ma racje. Młodzi nie muszą bowiem długo czekać na kolejną bitwę. Sprawy komplikują się tym bardziej że Tomomori wymusza na bracie, by ten pomógł mu pojmać Shanao, ale Shigehira ma już wówczas opory. Gdy dochodzi do walki i Tomomori faktycznie, z łatwością, rozbraja Shanao, a także ględzi na temat tego, jak uwielbia patrzeć na jej łzy, Shigehira nie jest w stanie tego słuchać. Dla niego MC powinna zawsze się uśmiechać, tryskać energią i motywować do walki z losem. A już w ogóle nie pojmuje, dlaczego brat chce ją traktować tak przedmiotowo, „dzielić się nią” i więzić. To dlatego aktywuje swoją moc i atakuje Tomomoriego w imię sprzeciwu, ale nie ma z nim żadnych szans. Starszy samuraj jest po prostu dużo silniejszy. No i nie ograniczają go żadne moralne opory, bo dla niego ich więź jako rodzeństwa, nie miała żadnego znaczenia. Nigdy „nie widział” Shigehiry, nie doceniał jego oddania, nie obchodziło, co się z nim stanie. Nie ma więc oporów, by przebić go mieczem i wyrzucić, kiedy przestał mu być potrzebny.
Mimo to, całe to zamieszanie powoduje, że Tomomori ostatecznie odchodzi, zostawiając konającego Shigehire (niby przeszył mu serce, ale nie trafił XD), bo ma nadzieję, że zmotywuje to „jego ukochaną” do bardziej zażartej walki przy trzecim spotkaniu. Cóż, jak wiadomo, stan psychiki tego gościa dobitnie wskazywał, że ten pociąg dawno odjechał. W czym ja poważnie szczerze współczułam przewijającemu się od czasu do czasu Noritsune, że musiał się z nim także użerać. Facet miał kuzynów, którzy uchodzili za absolutnych lunatyków, a ród oczekiwał, że jakoś stanie z nimi do walki i odwróci marną sytuację Heike…
Shanao nie godzi się jednak na takie zakończenie i tym razem to ona obsypuje siniejącą twarz Shigehiry pocałunkami, aby przekazać mu swoją energię życiową, co okazuje się dobrym pomysłem, bo chłopak wraca z krainy martwych. Oficjalnie zostaje też więźniem Genji… co jest dla niego bardzo wygodne. Może widzieć się z Shanao, nie ogląda Tomomoriego czy reszty Heike, a nawet współpracuję z Cesarzem i Yoritomo, bo jest mu wszystko jedno. W każdej chwili może przecież stracić głowę, więc chciał czerpać z życia, ile wlezie – na wypadek egzekucji.
Młodzi wyznają też sobie wreszcie oficjalnie uczucia, chociaż oboje są przy tym bardzo zakłopotani. Shigehira nie stronił od towarzystwa kobiet i mężczyzn, więc nieobce były mu romanse, ale pierwszy raz faktycznie mu na kimś zależało. W sensie, poza fizyczną bliskością. Podobnie zresztą było z Shanao, która przy beztroskim Heike, czuła się po prostu szczęśliwa. No i chyba po raz pierwszy każde z nich usłyszało, że ktoś ich naprawdę kocha. W czym o ile dziewczyna miała chociaż oddanie i przyjaźń swoich wasali, tak dla Shigehiry, to faktycznie była jedyna, pozytywna relacja, jaką kiedykolwiek zbudował. A skoro teraz byli już czymś nawet więcej niż przyjaciółmi, to parka zaczyna razem trenować, rozumiejąc, że nigdy nie uwolnią się od Tomomoriego, jeśli nie zaatakują go wspólnie.
Do czego okazja nadarza się bardzo szybko, bo Tomomori przerywa rozmowy pokojowe, tylko po to, by zrealizować swoją obsesję. Dosłownie o mały włos nie szlachtuje uczestniczącego w spotkaniu Yoritomo i gdyby nie dobry refleks Shigehiry, to z dowódcy Genji nic by nie zostało. Bracia zaczynają zatem ze sobą walczyć, w czym tak naprawdę Shigehira próbuje wciągnąć Tomomoriego w pułapkę.
W pozytywnym zakończeniu Shanao do niego dołącza i razem walczą z potwornie silnym Tomomorim. Nawet wtedy, gdy atakują wspólnie, nie są w stanie go pokonać, dlatego ostatecznie Shigehira daje się zranić, aby broń brata utknęła w jego ciele, a potem razem powalają szalonego przeciwnika. Gdy jest już po wszystkim, Shigehira zalewa się łzami i wyznaje, że i tak szczerze i bezgranicznie kocha Tomomoriego (co mnie nawet wzruszyło), a Shanao jest tak zasmucona, że rozważa nawet, czy nie spróbować jakoś „wyleczyć” Tomomoriego, choćby miał znowu zwrócić się przeciwko nim. Ostatecznie jednak nie dostają swojej szansy, bo facet nazywa ich miękkimi, żałuje, że sam nie przeszedł takiej zmiany jak Shigehira i zrzuca się z klifu. Oszczędza więc im kłopotu dobicia go i brudzenia sobie rąk. MC odgaduje więc, że był to jakiś gest łaski z jego strony, bo nie chciał obarczać Shigehiry odpowiedzialnością za swoją śmierć.
W złym zakończeniu sytuacja początkowo wygląda podobnie, ale ostatecznie to Tomomori wygrywa pojedynek i zabiera ze sobą zarówno Shanao, jak i Shigehirę (po tym, jak wytłukł wszystkich walczących – włącznie z Heike i Genji). W opuszczonym zamku więzi młodych ludzi, a także torturuje na różne sposoby, aby oglądać łzy MC. Między innymi: każdego dnia ranił Shigehirę, aby dziewczyna następnie musiała go leczyć, bo dzięki temu widział u niej jakieś emocje, a także upewniał się, że nie spróbuje od niego uciec – np. poprzez odebranie sobie życia. A chociaż ich los był tragiczny, to młodzi trzymali się nadziei, że kiedyś się uwolnią i znosili te męki. Absolutnie przerażający i pokręcony finał. Zwłaszcza gdy Tomomori wykorzystywał te okazje, by jeszcze napastować zrozpaczoną Shanao.
Summa summarum, w happy endingu, nie mamy 100% pewności, jak potoczyły się dalsze losy pary, bo jakby nie było, dalej wiele ich dzieliło, ich rody pozostawały zwaśnione, a przyszłość kraju niepewna. Shigehira zyskał jednak pełną akceptację od kompanów Shanao i stał się częścią paczki (na czym mu zależało), Yoritomo miał wobec niego dług wdzięczności, Shanao oddała mu serce, a Heike nie stanowili już zagrożenia. Scenarzyści zostawiają więc nas z przekonaniem, że wszystko jakoś by się ułożyło.
Co myślę o tej ścieżce? Że o ile podwaliny pod transformacje Shigehiry były dość solidne, tak nie do końca kupowałam jego ewolucje postaci. W sensie nie bardzo mieściło mi się w głowie, dlaczego kilka spacerów po Oshu uświadomiło mu, że powinien sam przewartościować swoje traktowanie heminów. Miałam też wrażenie, że zbawienna moc Shanao była tu zbyt potężna i nie do końca czułam chemie tego romansu. Może dlatego, że bardziej przypominali mi droczące się, młodsze rodzeństwo?
Mimo to rozumiem, dlaczego wielu odbiorcom ta ścieżka może się podobać. Zdecydowanie należy do jednej z najbardziej romantycznych, bo to klasyczna opowieść „od wrogów do kochanków”. Jest też mocno oparta na tym, że Shanao niejako siłą swojej miłości, niczym disnejowska księżniczka, sprowadza zagubionego, brutalnego Shigehirę na drogę światła i pokoju. Jeśli więc ktoś ma słabość do redemption arców, to będzie to jego para kaloszy, sandałów, czy tak innego obuwia.
W porównaniu z wszystkimi, alternatywnymi opowieściami, które zaprezentowano w fandisku, ta była zdecydowanie najlepsza, a nawet w pewien sposób logiczna. Fajnie też, że konflikt z Tomomorim nie rozwiązano przez zwykłą gadkę, bo byłoby to mocno naciągane. Tymczasem zostawiono nas z jakąś nadzieją i faktycznie, wyznanie Shigehiry dotknęło u mnie jakiejś wrażliwej struny, bo wiem jak to jest być młodszym rodzeństwem, które wpatruje się w starsze z uwielbieniem. Łatwo mi więc było zidentyfikować się z jego sytuacją. Ale to taka osobna dygresja.
Spoko ścieżka, pasująca do reszty gry i przypominająca, za co polubiłam „Birushane” w pierwszej kolejności. Dużo lepsza od jego IF story z podstawowej wersji gry. Dlatego jeśli jeszcze jej nie widzieliście, to będzie warto. (Btw. wiem, że Otomate tego nie zrobi, ale ja bym się tam nie pogniewała, jakby w jakimś zakończeniu, z tych happy endingów, Shanao nie odrzucała żadnego z braci 😉).
