Uwaga: w ścieże pojawia się motyw samobójstwa.
Zdecydowałam się nie streszczać całego Truth Route, ponieważ wiele z wydarzeń przedstawionych w tej ścieżce, to w zasadzie jedynie powtórzenie tego, co doskonale znaliśmy z opowieści innych love interest – jedynie odtworzonych w wersji skompilowanej i przyspieszonej, niczym jakieś archiwym zip, aby autorzy mogli skupić się na innych wątkach. Dlatego tak, Alfred dalej prowadzi swoją rewolucję, Edward chce pokojowo dogadać się z królową, Ascot zrezygnuje z nieśmiertelności poruszony postawą MC, Lucas odnajdzie w sobie odwagę, by spełnić życzenie Rileya, Linus zerwie się ze smyczy itd. W sumie jedyna różnica jest taka, że panowie nie zdobędą serca naszej protagonistki, chociaż każdego z nich będzie ona uważała za cennego sojusznika. Rose porzuci także ścieżkę zemsty, by cały Albion wreszcie zaznał pokoju. A jak do tego dojdzie?
Przede wszystkim w Truth Route wreszcie poznajemy motywacje Lily, czyli siostry Edwarda. Okazuje się, że to ona stała za napadami na najsłabsze fae i odcinaniem im skrzydeł. Pomagał jej w tym ocalały sługa z domu Randolph, który chciał się odegrać na innych domach, oraz lokaj Philip, który miał dług wdzięczności wobec Daniela, zmarłego męża Lily. To właśnie facet odkrył, że jego żona stoi za tymi zbrodniczymi aktami i próbował ją powstrzymać, ale skończyło się to tylko tym, że sam odebrał sobie życie.
Tymczasem może Was zastanowić, po co w ogóle Lily posuwała się do czegoś tak abstrakcyjnego? Ano, bo po raz kolejny wychodzi na to, że potomkowie fae mają tendencje do popadania w obsesje. Lata temu, jako mała dziewczynka, Lily poznała Oberona i straciła dla niego serce. Król wróżek tak ją urzekł (to pewnie ta czapeczka), że nie potrafiła o nim zapomnieć. Na dodatek fae z krwią sylfa w zasadzie byli skazani na klątwę nieszczęśliwej miłości. To spotkało jej matkę. Tak samo było z jej ojcem. Nawet z Edwardem w niektórych, alternatywnych endingach. Dlatego Lily chciała to przerwać i „zawalczyć o własne szczęście”, stając się dzięki mocy ukradzionej ze skrzydeł innych fae, kimś na równi Królowej. Wierzyła bowiem, że tylko tak zdobędzie uwagę Oberona. Well… Jakby go chociaż trochę naprawdę znała, to by się mocno zdziwiła. XD
Szalony plan? Jak najbardziej, ale jak już pisałam w recenzji głównej, w Mistonia’s Hope wszyscy bohaterowie są trochę szurnięci. W czym spokojnie można dopisać do tej listy pacjentów Arkham Azylum – Goneril, czyli handlarkę informacjami, która w różnych ścieżkach pomagała MC. Ta dla odmiany okazała się siostrą Daniela, która szukała zemsty na Lily i udało się jej to w finałowej konfrontacji, bo to właśnie ona zadźgała obłąkaną z bólu i miłości kobietę. Fajnie, nie? Rzeczywiście jakbyśmy oglądali szekspirowską tragedię. Nigdy nie wiesz, kiedy sztylety pójdą w ruch.
Ogólnie więc ta ścieżka kończy się słodko-gorzkim finałem. Po walce w sali tronowej, przy wsparciu wszystkich love interest, nawet Linusa, Rose nachodzą wspomnienia tego, jak Tia i inni, czystokrwiści fae walczyli kiedyś z najeźdźcami, i jak faktycznie kochali Albion. Zrobiło się więc jej trochę żal, co upływający czas i obsesje zrobiły z tymi niegdyś pięknymi istotami. Dlatego w chwili, gdy Tia dogorywa na posadzce, a Oberon rozpacza, Rose wpada nieoczekiwanie na nowy plan. Ponieważ była, w którymś tam pokoleniu awatarem królowej, a to oznaczało, że pochodziła z jej mocy i była jej najbliższa, to postanawia „wchłonąć ducha” Królowej, aby go w sobie „wykurować”. Po co? Bo wierzyła, że Tia może przydać się w przyszłości, gdyby groził im następny najazd sąsiadów. Na dodatek nie czuła już potrzeby zemsty, bo na przykładnie Lily, Daniela, Goneril i reszty, zobaczyła, do czego to doprowadza. No i może, wyleczona Tia, znowu stałaby się kimś godnym szacunku.
Warto też zaznaczyć, że to jedna z nielicznych ścieżek, gdzie Rose dzięki Lucasowi i Ascotowi odzyskuje brata. Ma więc też dodatkowy powód, aby żyć, bo czeka na nią ktoś, kogo nie chciała nigdy więcej stracić. Nie zamierzała więc kontynuować konfliktu z resztą szlachty i Oberonem. W sumie to poprzez „przechowywanie” ducha Tii miała wręcz nad Królem Fae przewagę i jakoś tam kartę przetargową w przyszłości. Nie zrobiłby jej bowiem krzywdy, a co najwyżej obserwował. Co już i tak robił – oczami Johna.
Czy podobała mi się ta ścieżka? Moim zdaniem domykała sporo wątków, ale nie była zbyt ekscytująco napisana. Rozumiem jednak, po co powstała, bo Otomate lubi sobie ostatnio robić takie furtki do potencjalnie alternatywnych historii, wprowadzania nowych love interest, czy resetowania świata w fandiskach. Domyślam się więc, że właśnie tak samo było w przypadku tegoż Truth Route. Nie dość, że sztucznie wydłużył grę, to jeszcze w przyszłości mógł stanowić punkt startowy dla jakiejś innej opowieści.
Dlatego, będąc zupełnie szczerym, to wisiał mi i powiewał jak skrzydełka fae na wietrze XD. Przeszłam go bez szczególnego zaangażowania i skupienia, bo wiele rzeczy łatwo było odgadnąć i domyślić się, o co chodzi Lily, już na podstawie wcześniejszych informacji. Co najwyżej mogliśmy się zdziwić, że jej miłością życia był Oberon, bo wzięło się to po części znikąd, ale… jak wspominałam wcześniej, oni wszyscy tam byli szaleni, więc nie oczekiwałam od nich racjonalnych decyzji.
Fajnie, że Rose odzyskała brata. Szkoda, że tak mało czasu z nim spędziliśmy. Chętnie zobaczyłabym reakcje Rileya na poszczególnych love interest. Coś czuję, że chłopak się mocno podłamie, gdy odkryje, jakiego szwagra przypałętała mu siostra. Alfreda – dla którego liczyła się tylko praca? Lucasa – który totalnie odjechał i gada do ścian? Linusa – który traci wolną wolę, ilekroć w zasięgu jest silna kobieta fae? Ascota, który przespał się z połową Albionu? Czy Edwarda, który… ej, tutaj chłopaki mogłyby nawet się dogadać. Podobnie jak z Johnem. Więc przynajmniej ta dwójka mogłaby jakoś wpisać się w oczekiwania. Póki co jednak musimy uzbroić się w cierpliwość.
Mam też wrażenie, że nie do końca wyjaśniono tutaj powód, dlaczego Królowa trzymała ciało Aisel w tajemnej komnacie. Jasne, wiedzieliśmy już, kim była zmarła, ale trochę nie ogarnęłam, co Tia chciała osiągnąć poprzez przechowywanie jej zwłok? Wskrzesić ją kiedyś? Mieć pamiątkę? Przejąć jej ciało? No idea. Ale być może to kolejna rzecz, która czeka na rozwiązanie w jakimś dodatku.
Ogólnie jednak mam wrażenie, że Mistionia’s Hope nie zostawiła nas z wieloma pytaniami bez odpowiedzi. A przynajmniej nie takimi, przez które cała fabuła się sypie. Ciekawe jest też to, że to jedna z nielicznych gier otome, gdzie mamy aż tyle kluczowych dla historii antagonistek. Co jest zdecydowanie miłą odmianą. Wreszcie scenarzyści przypomnieli sobie, że na świecie są jakieś inne kobiety poza MC. Nie pogniewam się, jeśli w fandisku Riley też by sobie kogoś znalazł. Widzę na horyzoncie przynajmniej 2 kandydatki, urocze służące, i fajnie byłoby zobaczyć, jak opiekuńcza i podejrzliwa w obronie niisana potrafi być nasza Rose.
