Skip to content

Otome 4ever

Blog o grach otome i visual novel.

Menu
  • Aktualizacje
  • Plany wydawnicze
    • Plany wydawnicze 2025
    • Plany wydawnicze 2026
  • Recenzje
    • Otome / Visual Novel
    • Gacha / Mobile
  • Inne
    • Poradniki
    • Top 5
    • Różne
    • Linki
  • FAQ
    • FAQ
    • Polityka prywatności
  • Kontakt
Menu

Lucas Sullivan (Mistonia’s Hope -The Lost Delight-)

Posted on 13/04/202617/03/2026 by Hina

Lucas to kolejny love interest na liście, który miał na tyle ciekawy design, że byłam pewna, iż to jakaś ukryta ścieżka albo truth route, lecz nie tym razem! Chłopina jest opcją dostępną od samego początku, a jego projekt okazał się dość mylący, bo zamiast tajemniczego kuudere dostałam zrzędliwego, głośnego tsundere. Na dodatek hikikomori czy tam niezręcznego społecznie nerda, jak kto woli. A co ciekawe, wśród wielu fanów (bo takie info znalazłam na Reddicie) przewija się opinia, że to właśnie widok Lucasa zachęcił ich do sięgnięcia po grę. Co pokazuje, że dobry projekt naprawdę robi robotę.

W każdym razie: Lucas jest dziedzicem rodu Sullivan i pochodzi od fae o nazwie Will-o’-Wisp, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła teraz krótkiego wykładu z mitologii.

Zacznijmy od na nazwiska, bo to jest mniej ciekawe. Podając za źródłami, pierwotnie oznaczało „ciemne oczy”, od gaelickiego súildhubhán, i wyróżniało się tym, że było… popularne. To wszystko. Czyli trochę taki nasz Kowalski, ale z lepszym rodowodem. Członkowie klanu Sullivan mogli bowiem poszczycić się rzekomo przodkami takimi, jak Eóghan mac Néill, kiedy przeciętny Kowalski… prawdopodobnie może i miał w rodzinie kogoś, kto nieźle machał młotem, ale i to dzisiaj niepewne, bo w XIX wieku w sumie była moda na przejmowanie wszelkich nazwisk na „ski”, byle tylko ukryć swoje chłopskie pochodzenie.

A czym jest Will-o’-Wisp? Niczym więcej niż po naszemu „błędnymi ognikami”, które szeroko pojawiają się w kulturze i mitologii, w tym nawet w Japonii, więc też nie są niczym szczególnym i kojarzą się z iluzją, oszustwem albo duszami. Jak w sumie gdzieś w mitach czy bajkach był jakiś zbiornik wodny, to na 99,9% zaraz mogliście tam zobaczyć ogniki… Co równie dobrze mogło być pupami świetlików, ale co ja tam wiem.

Koniec wykładu. Widzicie? Jak chcę, to potrafię się streszczać. A skoro tak, to mogę teraz wrócić do fabuły i przypomnieć, że nasza MC, udająca pokojówkę Rose w domu rodziny Bernstein, spotyka Lucasa po raz pierwszy, gdy ten pojawia się u jej pracodawców jako gość. Chociaż Lucas bardzo, ale to bardzo, bardzo, nie chce, to zostaje zmuszony, wraz z innymi, młodymi szlachcicami, zaplanować event dla królowej Tii, a skoro tak, to trzeba opracować całą logistykę, ochronę, co podać do koreczków, jak złożyć serwtki itd. Ironizuję, oczywiście. W sumie, to nigdy nam nie wyjaśniono, co oni naprawdę tam robią poza martwieniem się, że jest źle na mieście. Chłopaki głównie siedzieli, gadali o jakiś pierdołach i potem wypełniali dokumenty. Mam więc wrażenie, że to było spotkanie w stylu „dałoby się to zastąpić jednym mailem” i Lucas, chociaż nigdy nie miał do czynienia z korpo bullshitem, doskonale o tym wiedział.

W każdym razie, widząc Rose po raz pierwszy, Lucas jest wyraźnie wstrząśnięty, łapie ją za dłoń, patrzy głęboko w oczy i pyta „czy to naprawdę ty?”, ale dziewczyna niewiele z tego rozumie, a facet szybko przywołuje się do porządku i więcej do tej dziwnej scenki nie wraca. A przynajmniej na początku fabuły, bo nie chce Rose niepokoić. Wyraźnie też naciska odtąd, by Alfred & Co., dali jej spokój, bo powinna cieszyć się swoim życiem. Cokolwiek to oznacza.

Ale MC ma inne plany, bo przecież poświęciła się swojej zemście. Dlatego długo gdybała, jak to zbliżyć się do szlachciców, aż okazja nadarzyła się sama. Okazało się, że Lucas zabrał w podróż tylko jednego sługę, a ten się rozchorował. Nie miał więc absolutnie nikogo, kto mógłby się nim zajmować w jego gościnnej rezydencji. Co, oczywiście, teoretycznie nie było niczyim problemem, skoro typ tak postąpił, to niech teraz cierpi, ale Edward miał za miękkie serce, by go tak zostawić.

Dlatego postanowił koledze wypożyczyć własną służbę. Poszedł Philip, poszła Evelyn, poszła nawet Charlotte… wszyscy jednak wrócili z płaczem, bo zostali przez Lucasa wykopani. Mieli też dość jego dziwnego zachowania: tego, że wyłaził gdzieś nocą, krzyczał zamknięty w swoim pokoju, ciągle wydawał się niezadowolony… Edwardowi pozostała więc już tylko ostatnia karta – Rose-o-lodowym-sercu, dlatego wysłał ją do przyjaciela z nadzieją, że chociaż jej uda się tam pozostać dłużej niż 3 dni. Co stanowiło dotąd rekord. Nie wiem, może wpisali to do wróżkowej księgi Fea-nuessa, zaraz obok liczby kobiet, z którymi przespał się w Albionie Ascot.  

Niemniej taki zbieg okoliczności był dla dziewczyny wprost idealną okazją do szpiegowania. Nic sobie nie robiła z tego, że Lucas jest dziwny. Dosłownie, znała gorszych XD. Dlatego on sobie siedział w pokoiku, a ona łaziła po rezydencji, sprzątała, podawała herbatę i przeszukiwała jego rzeczy. Na wszelkie polecenia typu „spadaj do Edwarda!” reagowała olewczo, bo była zobowiązana słuchać tylko swojego pracodawcy, więc Lucas mógł się pocałować w trąbkę. Nawet gdy pewnego razu próbował ją wystraszyć, przycisnął do ściany i groził, „zobacz, jaki potrafię straszny kabedon!”, to w sumie MC ledwo uniosła brew. Jego blef robił na niej mniej więcej takie wrażenie jak zeszłoroczny pyłek na wróżkowych skrzydełkach i gdyby zagrali razem w pokera, to Lucas żyłby już na ulicy bez grosza…

Podobnie zresztą było nie tylko z jego napadami gniewu, ale ogólną ekscentrycznością. Rose go nie przekreślała, a nawet polubiła. Szlachcic nie był rozpuszczony jak wielu paniczyków, których znała. Jak się postarał, to potrafił być miły. Nie sprawiał jej wielu problemów, a jeszcze spoko się z nim gadało przy herbatce. Ten niespodziewany układ przerodził się zresztą szybko w coś komfortowego, bo Lucas także poczuł się dobrze przy Rose. Imponowało mu, że pracuje, nawet gdy wyraźnie mówi jej, że nie musi, bo nikt go nie odwiedza i nikogo nie obchodzi, czy ma czysto w chałupie, czy nie, oraz że słucha jego poleceń, a przynajmniej większości, jeśli się z nimi nie zgadza, bo kieruje się własną logiką.

Wkrótce jednak Rose przestaje bawić się w subtelność i wchodzi do pokoju, gdzie szlachcic wyraźnie kazał jej nie grzebać. Przez przypadek znajduje tam plamę krwi pod dywanem i poznaje straszną prawdę. A dokładniej to przyczynę, dlaczego Lucas wydzierał się tak często w nocy. Otóż nie był on tak naprawdę ślubnym dzieckiem rodziny Sullivan, ale bękartem (do których to informacji dokopał się podczas swojego śledztwa John). Mimo to został jednak zalegalizowany, bo miał niesamowicie silne moce fae, co nie umknęło nawet królowej, a skoro tak, to jego przyrodni bracia poczuli się przez niego zagrożeni i zaczęli go terroryzować. Ich okrucieństwo posunęło się nawet do tego, że spalili las, o co chcieli oskarżyć Lucasa, ale w efekcie wkurzyli opiekujące się tam przyrodą czystokrwiste fae. Na chłopaków została rzucona klątwa szaleństwa, zaciachali się więc na śmierć (na oczach Lucasa), a potem ich niespokojne, wredne duchy przykleiły się do niego, aby go dalej dręczyć. To dlatego biedak ciągle słyszał głosy i szyderstwa tych wariatów oraz wrzeszczał nocami, aby się wreszcie zamknęli, bo sam czuł, że popada przez nich w obłęd. Swoją drogą, uwielbiam czystokrwiste fae w tej grze. Są absolutnie bezwzględne i nieskalane moralnością.

W czym nasza MC, by poznać prawdę, była naprawdę nieostrożna i Lucas nakrył ją na tym, że dotykała plamy krwi i użyła swojej mocy, by odczytać przeszłość. Przyznał wówczas, że od początku wiedział, kim jest – czyli ocalałą Aprose z rodziny Randolph, bo… widział kiedyś jej zdjęcie. Tak naprawdę, jeszcze w szkole średniej, Lucas i brat Rose, czyli Riley, przyjaźnili się z sobą, a ta więź była wówczas dla niego jedynym pocieszeniem. I to właśnie od przyjaciela dowiedział się o dziewczynce, obiecał, że kiedyś ją pozna, a nawet przysiągł, że kiedyś się nią zaopiekuje, gdyby Rileya zabrakło… tyle że żadnej z tych obietnic nie dotrzymał.

MC dowiaduje się także więcej o organizacji Blue Robin, którą Riley i Lucas założyli jeszcze w szkole. Polegała ona na tym, że szlachcice wysyłali anonimowo do potrzebujących paczki z prezentami, podpisując się właśnie tym kryptonimem i komunikując ze sobą jedynie kodem. Najwidoczniej Riley lubił bawienie się w Robin Hooda, ale nie chciał zbierać za to pochwał. Była więc to zwykła działalność filantropijna, którą Lucas potem kontynuował, po części z wyrzutów sumienia, a po części, bo był hipokrytą – jak sam uważał. Dzięki takiemu działaniu czuł, że chociaż trochę udaje mu się zachować pamięć o przyjacielu i spełnić jego wolę. Nawet jeśli olał tą część obietnicy, która dotyczyła opieki nad siostrą…

Ale, ej, ktoś mógłby mnie powstrzymać w tym miejscu. Skoro to wszystko prawda i Lucas nawet nie wydał bohaterki w ręce królowej, pomimo tego, że wiedział, kim jest, no to stanowił on idealny materiał na sojusznika, co nie?! I właśnie, moi drodzy, nie do końca, bo czas na kolejny akt tego dramatu. Pewnego wieczora Rose śledzi Lucasa aż na cmentarz, a ten jej na to pozwala, bo wie, że inaczej i tak by za nim polazła, albo zrobiła coś równie niebezpiecznego. Dzięki temu MC dowiaduje się o mocy Lucasa, czyli że potrafił on światłem magicznej latarni odprowadzać dusze zmarłych do zaświatów, by wreszcie zaznały spokoju. Co brzmi bardzo szlachetnie i nawet spodobało się Rose, tyle że… obudziło w niej nowe wspomnienia.

Dziewczyna przypomniała sobie, że widziała identyczne, błędne ogniki 8 lat temu, gdy jej rodzinna wioska została zaatakowana. Tak wpasowuje ostatni kawałek układanki we właściwe miejsce. Kiedy Królowa wydała rozkaz, aby zamordować Randolphów, to Alfred najpierw otoczył barierą okolicę, aby nikt nie uciekł, a Lucas ogników – aby mieszkańcy nie stawiali oporu i grzecznie czekali za swoją zagładę.

Połączywszy te faktu, Rose konfrontuje się z Lucasem, przyciska mu nóż do szyi i domaga się od niego prawdy – do tej pory bowiem ciągle ją zwodził. Niby coś tam mówił, ale szybko się wycofywał. Zdruzgotany, załamany i chlipiący chłopak przyznaje wreszcie, że tak, wszystko, czego się dowiedziała, faktycznie miało miejsce. Że uczestniczył czynnie w zbrodni i miał krew na rękach. Na dodatek próbował ostrzec przyjaciela listownie, ale nic to nie dało, a potem i tak zaatakował jego dom i rodzinę. Błaga również Rose, by zakończyła jego cierpienie. Miał dość głosów, duchów braci, wyrzutów sumienia, swojej sytuacji. To dlatego tak obsesyjnie szukał drogi do zostania czystokrwistym fae i ucieczki do Tír na nÓg, bo wierzył, że nie ma tam emocji, a w związku z tym, bólu.

Co w sumie zirytowało MC. No bo co to za zemsta, jeśli facet dosłownie prosił ją o skrócenie męki? Nope, nie po to tyle czekała, aby teraz robić mu przysługę. Dlatego Lucas po raz kolejny dowiaduje się, że może sobie swoje polecenia gdzieś zapakować i wsadzić. Jest tylko pewien problem. Rose… pokochała tego dziwaka. Do tego stopnia, że nawet wcześniej, gdy miała pewne podejrzenia, potrafiła go przytulić i pocieszać, bo skradł jej serce swoją dobrocią. Gdy zrobił dla niej kanapki, gdy kupił jej krem do rąk, bo zauważył, że jej skóra wyschła od nadmiaru pracy, gdy wymyślał wymówki, aby zmusić ją do odpoczynku, jak np. że jego rzekomi goście zostawili herbatę i trzeba ją dopić, bo się zmarnuje…

Dlatego zdeterminowana dziewczyna namawia go, by pojechał z nią do Eltbeak. W zamian za to załatwi mu spotkanie z Oberonem i może uda się znaleźć sposób, aby zamienić go w czystokrwistą fae. Na miejscu jednak MC zależy głównie na tym, by facet użył swych mocy i odesłał dusze zamordowanych, bo bała się, że nie zaznały spokoju. Tyle że nikogo tam już nie ma i przynosi to obojgu ulgę. Oznacza to bowiem, że nikt z zamordowanych nie nosił żadnej urazy i ruszyli już w dalszą, reinkarancyjną drogę. (Co ciekawe, w wielu kulturach, w tym japońskiej czy celtyckiej, to właśnie tak powstawały upiory…).

Lucas obejmuje również MC i prosi, by porzuciła swój plan zemsty, bo się o nią boi. Królowa była zbyt potężna, lecz dziewczyna nie zamierzała go słuchać. Co prawda nie uwolniła się z objęć od razu, bo nie uważa jego dotyku za wstrętny, ale nie potrafiła zgodzić się na pasywność i ukrywanie. Ścieżka, którą wybrał Lucas, czyli cierpienie w milczeniu, a potem ucieczka do Tír na nÓg, była czymś, czego nie potrafiła zaakceptować. Nie zmienia to faktu, że parka wspólnie snuje wyobrażenia, jak inaczej wyglądałoby ich życie, gdyby do masakry nigdy nie doszło, Riley wciąż żył i faktycznie sprowadził Lucasa kiedyś do domu Randolphów, aby przedstawić go swojej młodej siostrze… Jasne, brzmi to pięknie, ale w sercu Rose nie było wiele miejsca na idealizm czy sentymenty. Dlatego odchodzi. Ma jasno wytyczoną ścieżkę i zmierza do celu. Tymczasem wie, że Lucas dalej by ją blokował.

Dlatego MC najpierw spotyka się z Alfredem i godzi się na współpracę z jego organizacją rewolucjonistów, w zamian za co dostaje od faceta magiczny pierścień. Ten artefakt ma bowiem moc blokowania duchów, więc dzięki niemu może uwolnić wreszcie Lucasa od głosów braci, co skutkuje tym, że po części w podzięce, młodzi wymieniają też pierwszy pocałunek (ej, ja rozumiem, że wam się spieszyło, ale wciąż mieliście widownie – tam ciągle był jeszcze Oberon XD). Następnie zaś Rose rusza na konfrontacje z Tią, zgodnie z planem, że zaatakują podczas konferencji, gdy uwaga szlachty będzie rozproszona, a ekipa Alfreda odpali ładunki wybuchowe w mieście.

Jak postanowili, tak czynią. Rewolucjoniści dostają się do komnaty tronowej. Dziewczyna i Alfred walczą… ale królowa jest zbyt silna. Dokładnie tak, jak Lucas przewidział. Na dodatek Oberon wyskakuje jak diabeł z pudełka (dosłownie) i nie pozwala skrzywdzić swojej ukochanej, bo planował ją tylko osłabić i zabrać do Tír na nÓg. Nie ma więc interesu w tym, by dłużej pomagać MC, a do dziewczyny dociera, że Król Fae zrobił ją w jednorożca, bo teraz też był jej wrogiem. Co poważnie przechyło szalę zwycięstwa na niekorzyść Rose.

W tym zamieszaniu do walki przyłącza się Lucas, bo dostał list od Alfreda, który poinformował go o planie w ostatnim momencie… więc facet z wielkim opóźnieniem wbija na imprezę. A to było nawet sprytne zagranie ze strony Creswella. Przewidział bowiem, że Lucas będzie pasywny lub wręcz przeszkadzający… no chyba, że Rose znajdzie się już w bezpośrednim zagrożeniu. Można więc powiedzieć, że go oszukano.

Nie zmienia to faktu, że po krótkiej konwersacji z parą królewską, Lucas czuje jeszcze większe obrzydzenie od MC, bo uświadomił sobie, że czystokrwiste fae, które tak idealizował, to egoistyczne potwory. Nie chce mieć już nic wspólnego ani z nimi, ani z Tír na nÓg. A skoro ataki wszystkich koncentrują się teraz na Oberonie, to królowa znajduje moment, by rzucić ostateczne zaklęcie. Wpada w stan dziwacznej śpiączki, ale jakimś cudem pozwala to jej zniszczyć/odesłać/uwięzić (niepotrzebne wykreśl) Oberona i tym sposobem uwolnić się od swojego małżonka. Najwidoczniej u fae rozwody nie wchodzą w grę. Tak czy inaczej to kończy na jakiś czas ich aktywność w fabule, chyba że powrócą w fandisku.

Rose teoretycznie zostaje zatem ograbiona z zemsty… ale już nie bardzo może coś z tym faktem zrobić. Zresztą, po tym całym zamieszaniu i utracie królowej, bo do niczego się ona w takim stanie nie nadaje, rody szlacheckie są zdeterminowane, aby skupić się na znalezieniu sposobu na przywrócenie w Albionie porządku. Nie mają więc za bardzo głowy do tego, aby się zastanawiać, czy Tia śpi, czy Oberon żyje, i co to wszystko w sumie znaczy.

Co zaś się tyczy naszej pary… to postanowili oni zostać razem, kontynuować działalność Blue Robin, a z rysowania portretów fae, Lucas przerzucił się na nowe hobby – uwiecznianie na płótnie swojej ukochanej. Czekała więc ich w sumie spokojna przyszłość – pod warunkiem, że para królewska zostałaby tam, gdzie jest.

W smutnym zakończeniu Rose jest aż niebywale okrutna. Poważnie. Trudno mi było uwierzyć, że to protagonistka gry otome XD. One zwykle nawet największym zwyrolom wybaczają. W każdym razie dziewczyna postanawia, że wymusi na Lucasie obietnice, że nigdy więcej nie zrezygnuje ze swojego życia. Nie chce ponownie słyszeć z jego ust, że jest nic niewart i szuka ucieczki przed cierpieniem. A skoro to się udaje, to podczas konfrontacji z królową… Rose daje się zabić. Tak by zarówno Tia, jak i Lucas, byli tego świadkami i mogli poczuć najdotkliwszy ból. A mi aż szczena opadła… Poważnie, umierając, z uśmiechem, Rose przyznaje, że kochała Lucasa, co samo w sobie było obrazą dla jej rodziny, i przypomina mu jeszcze o obietnicy. Ma żyć. Bez względu na wszystko. Choć mi się wydaje, że Tia i tak by go potem zgładziła za zdradę, ale scena była mocna. No i nieźle zrobili w konia Alfreda… on pewnie stracił głowę jako następny, a jego rewolucja padła.

A skoro już o nim wspomniałam, to mamy jeszcze zakończenie numer 3, czyli to z rywalem. W tej wersji opowieści Rose decyduje się zostać małżonką Alfreda, aby razem planować dalsze kroki i obalenie monarchii. Nie miało to z fabularnego punktu widzenia żadnego sensu, bo dosłownie wystawiła się wszystkim wrogom na pokaz, ale nie dla logiki scenarzyści na takie rozwiązanie wpadli. Więc po co? – zapytacie. Ano, by niepogodzony z takim stanem rzeczy Lucas zaczął odtąd nachodzić Państwo Creswell, przymilać się do Rose, zapewniać, że odbije ją Alfredowi, albo odbierze, gdy już Tia umrze, a my dostaliśmy CG z naszymi dwoma love boyami, walczącymi o względy MC, jednocześnie. Czy był to bad ending? Niekoniecznie. Raczej fanserwis ending, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Naprawdę dobrze bawiłam się przy tej ścieżce, chociaż tsundere to zwykle nie jest moja para buciczków. Szybko polubiłam Lucasa oraz kupowałam jego wahanie, dlaczego nie przybiegł i nie opowiedział od razu o wszystkim MC, bo facet miał więcej trupów w szafie niż ja koszulek. Na dodatek rozterki i ból obu postaci zostały tutaj na tyle dobrze przedstawione, że dało się z nimi zbudować empatyczną więź.

Jeśli więc już coś nie zagrało… to może tylko ilość tych traum? Ja wiem, że postacie z anime czy gier lubią mieć backstory w stylu „wymordowali mi całą wioskę” – ba! Przecież Rose taką właśnie ma – ale wydaje mi się, że motyw z Rileyem, uczestniczeniem w masakrze i wyrzutami sumienia, by już wystarczył, a duchy braci były przez to niepotrzebne. Ot, dla czystej wiarygodności fabuły, wydaje mi się, że tego cierpienia było aż za dużo i nie wiem, jak Lucas miałby po tym wszystkim jakkolwiek funkcjonować. No, ale może fae mają jakąś lepszą odporność psychiczną? Wiecie, to było trochę tak, że w pewnym momencie widok czyjejś brutalnej śmierci, to był dla Lucasa „typowy wtorek”…

Druga sprawa to fakt, że do końca nie ogarniałam, dlaczego w sumie Rose nie dała odejść władcom fae do Tír na nÓg. Było widać, że baba tego nie chce. Że zrobi wszystko, byle tylko nie wpaść w łapy Oberona, więc w sumie dziewczyna niczego nie traciła, gdyby poszła z nim na taki układ. Dlaczego więc ryzykowała walkę z nimi dwoma (bo przecież protagoniści nie wiedzieli, że Tia rzuci jakieś zaklęcie i wpadnie w śpiączkę)? Jeszcze kupuje argument, że Rose mogła bać się po prostu powrotu tej pary… Skoro już raz wyleźli z zaświatu, to mogli zawsze się podleczyć i pojawić ponownie. Uważam jednak, że scenarzyści mogli to wyraźniej zaznaczyć.

Ale to tylko takie małe narzekanko, bo i tak uważam, że to wciąż była jedna z fajniejszych opowieści. Czy ją polecam? Jak najbardziej! Mamy tutaj motyw zemsty, mamy sporo informacji o rodzinie MC, mamy wiele przykładów różnych rodzajów magii fea i wiele uroczych, romantycznych momentów!

Btw. przeczytałam na Reddicie, że wielu graczy wkurzyło się na Alfreda po tej ścieżce. W sensie, że czemu wcześniej nie dał Lucasowi pierścienia, by ulżyć mu cierpienia, ale myślę sobie… że on mu najzwyczajniej nie ufał. Oboje wykonali bardzo podły rozkaz królowej, w czym Lucas niejako zabił swojego przyjaciela. To może więc mocno rzutować na to, jakim jest potencjalnym sojusznikiem XD. Na dodatek panowie się nie lubili, młody Sullivan nie robił nic, aby zdobyć czyjąkolwiek sympatię, no i słabnący Alfred nie chciał tracić mocy na kogoś, kto nie pomógłby jego rewolucji. Dlatego rozumiem, że znowu kierował się swoim pragmatyzmem. Mam też wrażenie, że gracze trochę zapominają, że love interest nie dysponują tą samą wiedzą, co oni, na dodatek po przejściu kilku ścieżek, więc dla Alfreda Lucas był tylko… dziwakiem z innego rodu. Raczej niegroźnym. Ale w żadnym razie nie materiałem na kogoś, komu za free chce się wręczać magiczne artefakty. Chcę przez to powiedzieć, że rozumiem racje obu stron.

Kuudere, Mistonia’s Hope -The Lost Delight-, Otaku / Hikikomori, Rywal / Wrogość, Suzuki Ryouta, Szlachcic, Wróżka / Faerie / Sídhe

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O mnie

Cześć, jestem Hina! Prowadzę bloga od 2019 r. Jeśli podoba Ci się, co piszę, zostaw komentarz i wpadnij ponownie. Dziękuję za odwiedziny!

Moje ID

Chcesz pograć wspólnie albo pogadać? Znajdziesz mnie na:

Steam

Discord

Love&DeepSpace: 83000453341

KAWKĘ DAJ BLOGGEROWI...

Postaw kawę

Chociaż pisanie o grach sprawia mi dużo przyjemności, to jednak czasami koliduje z codziennymi obowiązkami.

Jeśli podoba Ci się, co tworzę i chcesz okazać mi wsparcie, baaardzo dziękuję za postawienie kawy. Porządna dawka ciepłego naparu rozgrzeje mi serducho i pomoże mi utrzymać bloga jak najdłużej.

Ta strona nie jest sponsorowana przez żadną firmę ani nie jest finansowana z żadnego innego źródła poza moimi własnymi środkami.

Spoiler alert!

Na blogu znajdują się dwa typy recenzji: gier (pozbawione spoilerów) i ścieżek/postaci (ze streszczeniami i spoilerami).

© 2026 Otome 4ever | Powered by Superbs Personal Blog theme