A new cast of 16 characters find themselves kidnapped and imprisoned in a school. Inside, some will kill, some will die, and some will be punished. Reimagine what you thought high-stakes, fast-paced investigation was as you investigate twisted murder cases and condemn your new friends to death. (opis z platform Steam)
- Tytuł: New Dangan Ronpa V3 Minna no Koroshiai Shingakki (NEWダンガンロンパV3 みんなのコロシアイ新学期)
- Developer: Chunsoft & Spike Chunsoft
- Wydawca: NIS America & Project Zetsubou & Spike Chunsoft
- Pełen dźwięk: japoński, angielski
- Napisy: angielski
- Rozszerzenia i powiązane tytuły: Danganronpa: Trigger Happy Havoc , Danganronpa Another Episode: Ultra Despair Girls, Danganronpa 2: Goodbye Despair
- Mój czas gry: 52 h
Recenzja
Ocena ostatniej części serii „Danganronpa”, a dokładniej „Danganronpa V3: Killing Harmony” to nie taka prosta sprawa… z jednej strony czuć w niej na wielu płaszczyznach zmęczenie autora. Chyba najlepiej oddaje to fragment gry, w której sam Monokuma jest „wypalony zawodowo”. Ciągle to samo, od tak wielu lat – zdaje się mówić czarno-biały misiek, a my jako odbiorcy zaczynamy się zastanawiać, czy to także odczucia scenarzysty. Z drugiej, niektóre podstawowe aspekty gry, czy konkretne rozdziały, budowane są wedle schematu i w klimacie tego, co fani znają i pokochali. Czyli sprawdzonej recepty, od której bezpiecznie byłoby nie odchodzić.
Standardowo w „Danganronpa V3: Killing Harmony” będziemy obserwowali zmagania grupy nastolatków uwięzionych w szkole i zmuszonych do gry na śmierć i życie. Aby „zdać” i — jak obiecuje reprezentujący masterminda robot Monokuma – należy dopuścić się morderstwa, a potem już tylko nie zostać wskazanym jako winny podczas procesu. W takim wypadku skazani zostaną wszyscy pozostali uczestnicy, a sprawca będzie mógł cieszyć się zdobytą ich kosztem wolnością. W przeciwnym razie mordercę czeka spektakularna egzekucja, aby „sprawiedliwości” stała się zadość i zabawa trwała dalej. Aż zostanie tylko finałowa dwójka. A przynajmniej tak zapisano w zasadach gry.
I choć wcześniejsze części „Danganronpy” stały na różnym poziomie, jeśli chodzi o kreacje postaci, to upływ czasu, kolejne serie, komiksy, anime i inne okołofanowskie badziewia sprawiły, że dało się ich polubić lub chociaż do nich przyzwyczaić. Dla przykładu Hinata był dla mnie takim mdłym, bezbarwnym bohaterem, ale po takiej ilości godzin spędzonych w tym uniwersum przestał mnie już tak drażnić, jak na początku. Po cichu liczyłam też na szansę ponownego zobaczenia swoich ulubieńców… ale przecież nie o nich miała być nowa historia.
Wybrana 16 po raz kolejny reprezentuje „Ultimates”, czyli ludzi obdarzonych jakimś nadnaturalnym talentem, którzy mają stanowić przyszłość i nadzieję całej ludzkości. Wśród tej zgrai na uwagę zasługuje niestety tylko kilku z nich, ale zawsze tak z „Danganronpami” bywało, że wśród perełek trafiała się cała masa nudnych, sztampowych bohaterów 3. planu. (Ot, przypomnę chociażby Akane, której jedyną cechą było to, że lubiła się bić i kochała jedzenie).
Co ciekawe, w „Danganronpa V3: Killing Harmony” postanowiono jednak bardziej skupić się na relacjach, a dokładniej na więzi między przyjaciółmi. Przypomnijmy, że w „Jedynce”: Makoto wspierała w zasadzie tylko Kirigiri… a cała reszta, jakoś tam niby współpracowała, ale nie czuliśmy między nimi silnych więzi (a przynajmniej aż do anime). Byli raczej jak owieczki czekające na ratunek przed wilkami. W „Dwójcę”: to już w ogóle trafiła nam się kłótliwa zgraja i więcej uwagi poświęcono rywalizacji Hinaty z Nagito oraz wyjątkowości Nanami niż tematowi współpracy. Dla odmiany w „Trójcę” nie mam najmniejszych wątpliwości, że Shuichi, Kaede, Maki i Kaito, mimo całej tragedii, która ich dotykała, byli dla siebie serdecznymi przyjaciółmi. Co więcej, po raz pierwszy pojawił się w grze tak wyraźnie zarysowany wątek romantyczny postaci drugoplanowych. Zazwyczaj to „main hero” dostawał jakąś laskę do pomocy, a teraz faktycznie kibicujemy „bohaterom z tła”.
Bez ogródek stwierdzam zatem, że to naprawdę duży postęp, ale by nie było, że tylko słodzę, to już za chwilę spadnie na autora lawina krytyki. A powodem jest najzwyczajniejsza w świecie wtórność. To nie tak, że nie rozumiem tego zjawiska. Według niektórych teorii każdy autor ma określoną i ograniczoną liczbę archetypów, w których obrębie tworzy swoich bohaterów i żongluje nimi na potrzeby różnych historii. Wynika to z prostego faktu, że jako ludzi pewne motywy, problemy, czy cechy charakteru po prostu bardziej nas intrygują lub łatwiej nam się z nimi utożsamiać.
Dlatego rozumiem czemu Kodaka postanowił jeszcze raz posłużyć się tymi samymi wzorcami. Mamy więc taką Miu, która jest fuzją Teruteru (= zboczone porównania) z Toko (= niepewność siebie przy konfrontacji), Maki – która jest jak połączeniem Kyoko z Peko, czy Kokichiego – który przypominał Hiyoko (za wredność) i Nagito (za podstępność), itd. Tych powtórzeń można by wymieniać i wymieniać. Nie przeszkadzały mi aż tak bardzo, bo jak wspominałam, polubiłam nową paczkę, ale były pierwszym dowodem na to, że autorowi brak już do tej pracy serca.
O głównym protagoniście pozwolę sobie napisać osobno, a osoby które do tej pory nie grały w „Danganronpa V3: Killing Harmony” proszę o pominięcie tego fragmentu.
Śmierć MC była dla mnie dużym rozczarowaniem, bo poważnie liczyłam na pierwszą, kobiecą protagonistkę… ale to już inna sprawa. To, co bolało mnie znacznie bardziej, to fakt, że cały plan zabójstwa z kulą i ułożeniem toru był tak przekombinowany, że nie dawałam mu wiary już we wstępie. A przecież nie o to chodziło – bo szokująca prawa powinna zostać odkryta podczas finałowej rozprawy! Oczywiście, rozumiem, że Kodaka chciał mieć swój własny „efekt Neda Starka”, ale ucieszyłoby mnie, gdyby w którejś „Danganronpie” sięgnięto po coś prostszego i logiczniejszego. Np. dlaczego nikt z biorących udział w rozgrywce nie wpadł jeszcze na to, by wyeliminować osobę, która jest najlepszym detektywem? Czy naprawdę trzeba być Junko = głównym antagonistą, aby tego próbować? XD Tymczasem Shuichi spaceruje sobie bezpiecznie, często po nocach i po pustych korytarzach… i co? Nic! Tak samo było z Hinatą i bodaj jeden Makoto raz spotkał się z próbą zamachu… ale to też w sumie dość późno w grze. Dlatego dziwi mnie, że żaden z popełniających zbrodnie nie uwzględnił usunięcia najbardziej niebezpiecznych graczy w swoich planach! Dlatego skoro już Kaede musiała zginąć dla efektu „wow!”, to osobiście wolałabym dla niej rolę ofiary niż nieudolnego sprawcy… Skoro już nie mogła zostać bohaterką z jakiegoś tajemniczego powodu. Tymczasem posłużyła za „stepping stone” dla rozwoju Shuichiego. I to tylko w 50%, bo za resztę odpowiadał Kaito. …Ej, autorze! Dajcie tę role Nagito! Spełnicie przy okazji jego marzenie, a moją słodką Kaede proszę zostawić w spokoju! Spoiler
Krótka uwaga należałaby się również antagoniście. Nie będę się wypowiadała na temat tego, czy uważam kreacje „złego” za udaną, czy nie, bo mdła i niejasna motywacja pasowała do tej postaci. To, co rozbawiło mnie najbardziej, to fakt, jak nieudolnie tym razem sprawca został „ukryty”. Uważny gracz zauważy, że antagonista wygadał się już w środkowym rozdziale, wypowiadając proste zdanie, którego nie miał/miała prawa wiedzieć, co chyba umknęło uwadze scenarzysty albo celowo było tropem naprowadzającym – ale jeśli tak, to danym nam za szybko, bo potem czekamy jeszcze 50% pełnych rozdziałów do „oficjalnego potwierdzenia”. Strasznie nie lubię sytuacji, gdy bohaterowie są głupsi od gracza i nie widzą tego, co zostało podane na tacy. A ja nie należę do ludzi cierpliwych, więc męczyłam się z tym niepomiernie.
Na pochwałę zasługuje z kolei strona mechaniczna. Choć nie podejrzewałam nigdy, że to powiem. Poprawiono poruszanie się po mapie i ułożenie pomieszczeń względem siebie, więc przemieszczanie, to nie taka bolączka jak w „Dwójcę”. Wywalono też najgorsze mini gry i zastąpiono je całkiem spoko odpowiednikami. Teraz już nie jeździmy na desce, ale prowadzimy taksówkę. Zamiast bezsensownego strzelania do literek, będziemy je sobie spokojnie zbierać. Najbardziej jednak spodobała mi się prosta gierka z „odkopywaniem” ukrytych przedmiotów, dzięki której nie miałam nawet oporów, by pogrindować trochę monet w kasynie. Naprawdę uważam te zmiany za duży plus. I chociaż same rozprawy są w „Danganronpa V3: Killing Harmony” znacznie dłuższe (po 2-3 godziny), to przynajmniej nie stanowią już takiej męczarni, bo nie jesteśmy dostatecznie zręczni, by przejść etapy z mini-grami.
A skoro już o rozprawach mowa, to motywem przewodnim trzeciej części stały się prawda i kłamstwo. Dlatego – uwaga, uwaga! – po raz pierwszy będziemy mieli okazje składać fałszywe zeznania, bo jak wiadomo czasami ludzi trzeba trochę zachęcić, by postawić na swoim. Jakby tego było mało, jednym z bohaterów – Oma Kokichi – był chyba Ultimate Łgarz (choć sam twierdził, że jego tytuł to Ultimate Supreme Leader), bo takiego potoku sprzecznych informacji nie usłyszymy z ust żadnej innej postaci. Nic zatem dziwnego, że ten podstępny dzieciak szybko zdobył sobie serca fanów. I moje w sumie też, bo widać, że scenarzysta się przy nim trochę napracował.
Kolejnym usprawnieniem w procesach są sprzeczki dwóch grup = dodatkowa mini-gra. Co jest nawet ciekawe i dziwne, że nie wprowadzono tego wcześniej. Zdarzy się bowiem sporo sytuacji, gdzie głosujący podzielą się na dwa obozy i będzie trzeba strzelać argumentami do przeciwników, w imieniu różnych bohaterów, podzielających naszą perspektywę na daną sprawę. Czyli taka zbiorowa kłótnia, co miałoby sens, bo ludziom powinny przecież w takich warunkach puszczać nerwy.
Duża zmiana czeka nas też w bonusowych trybach.
Zniknęło – na szczęście – wspólne budowanie projektów znane poprzednio jako „School Mode” czy „Island Mode”. Zamiast tego bohaterowie wezmą udział w randkowym reality show „Love Across the Universe: Dangan Salmon Team” prowadzonym przez Monokumę, dzięki czemu możemy lepiej poznać postacie, które np. przedwcześnie zginęły w fabule głównej. Dlatego ten tryb dostępny jest tylko po zakończeniu całej gry. Do expienia serduszek przyda nam się z kolei kasyno, w którym za dodatkową walutę będziemy mogli zagrać w dokładnie te same mini-gierki, które pojawiały się podczas rozpraw.
Innym typem zabawy jest gra planszowa, reprezentująca 3 lata nauki w Hope’s Peak Academy, czyli „Ultimate Talent Development Plan”. Wybieramy sobie kartę postaci (dowolnego bohatera z 3 części lub tych z 1 i 2, po odblokowaniu ich kart w automacie) i rozwijamy im umiejętności. Po co? Bo potem taką czteroosobową drużynę możemy wysłać do walki w ramach dodatkowego, old schoolowego RPG. Takiego z craftowaniem ekwipunku, zwiedzaniem lochów i pokonywaniem bossów, co 10. poziom. Ah, i przy okazji odblokowujemy między postaciami dodatkowe „rozmówki”. Możecie więc zobaczyć niekanoniczne wydarzenia np. z festiwali sportowych czy wystąpień artystycznych, co było bardzo miłym dodatkiem, bo niektóre interakcje naprawdę szczerze mnie rozbawiły np. pojedynek na „szczęście” między Makoto, Nagito, Celeste i Monokumą czy Sakura wzruszająca się przy muzyce Kaedę. Jeśli więc stęskniliście się za starą ekipą, to w tym trybie powrócą na scenę raz jeszcze.
Wreszcie, na zakończenie, kilka słów o finale, co również polecam przeczytać tylko, jeśli ukończyliście już całą grę.
Zdecydowanie nie jestem fanem rozwiązania, w którym burzy się podstawy stworzonego przez siebie uniwersum. Rozumiem jednak, że autor nie widział już sposobu, w jaki mógł kontynuować historię o „walce rozpaczy i nadziei”, aby dalej przedstawić, coś oryginalnego. Projekt Gofer, ostatnia nadzieja ludzkości, nieznany wirus… to wszystko brzmiało równie słabo. Dlatego myślę sobie, że zapędził się trochę w kozi róg. Z jednej strony chciał pokazać coś nietypowego. Wbić nas w fotel. Sprawić, że ostatnia „Danganronpa” na zawsze utkwi w pamięci… ale jedynie zirytował swoich odbiorców. Część z nich poczuła się osobiście krytykowana, bo identyfikowała się z przedstawioną w grze publicznością, za co potem Kodaka zresztą później serdecznie przepraszał. Największą jednak wadą rozwiązania, w którym niczego nie możemy być pewni, jest fakt, że takie historie do niczego w zasadzie nie prowadzą. Wszystko jest kłamstwem? Ok. Było prawdą? Ok. Człowiek musi się pogodzić z tym, że wiele spraw to jedna, ogromna niewiadoma? Też nic szczególnie odkrywczego… W końcu od tego mamy wieki rozpraw filozoficznych. No to gdzie te głębokie przemyślenia, z jakimi powinniśmy zostać po grze? Gdzie katharsis, które w jakimś naiwnym stopniu towarzyszyło wcześniejszym częściom? Autor odpowiedział: szukajcie, a jak nie znajdziecie, to wybierzcie sobie, co chcecie. Tyle że wściekłe tłumy są dobitnym przykładem na to, że nie na taką zabawę fani serii liczyli. Oni chcieli po prostu kolejnej „Danganronpy”. Tak, pięćdziesiątej trzeciej, jeśli trzeba by było. A to utopijne, pacyfistyczne społeczeństwo, które dało się przekonać 5-minutową przemową – zostało przedstawione cholernie niewiarygodnie… W sumie na poziomie wirusa, meteorytów, i innych bzdur. I chyba to wszystko odbiło się na Kodacę czkawką, bo skądinąd opuścił studio i pracuje nad innym projektem. Okazuje się więc, że nie było żadnego, ukrytego planu na kontynuację, w który chcieli wierzyć zwolennicy teorii spiskowych. A ja po raz kolejny miałam smutne wrażenie, że to efekt pisarskiego wypalenia. Nic więcej. Może więc dobrze się stało, że za serię weźmie się świeża krew? „Danganronpa” naprawdę nie jest grą, która „zmieni świat” i myślę, że zejście na Ziemię wraz z powrotem do korzeni dobrze temu tytułowi zrobi. Inaczej dostajemy taką płytką namiastkę rozważań filozoficznych z odrobiną teorii literatury (= emocje fikcyjnych postaci). Tyle że nośnik nie pasuje do przekazu. To trochę tak, jakby przerywano mecz, by nadać króciutki fragment z czytaniem jakiegoś działa Kierkegaard czy innego Hegla… Reakcją publiczności byłoby prawdopodobnie „co jest, k….?”. I nawet potrafię zrozumieć wynikającą z tego frustrację, bo zebrani chcieli po prostu popatrzeć sobie na piłkę XD. (Co nie świadczy od razu o ich braku inteligencji. Po prostu nie po to przyszli na stadion. I tak właśnie wyglądało to również w tym przypadku). Ale można, by na ten temat pisać wiele, a trochę szkoda rozwlekać w nieskończoność recenzję. Dlatego dodam tylko, że gdzieś znalazłam opinię, iż takim rozwiązaniem Kodaka chciał dać swoim fanom „poczuć prawdziwą rozpacz” i tak mnie to rozbawiło, że aż szkoda, iż nie jest prawdą!Spoiler
A skoro już całą serię mam za sobą, mogę wreszcie wrócić do pytania, które stawiałam sobie od kilku tygodni. Czy po tych wszystkich grach jestem w końcu fanem „Danganronpy”? Chyba tak. Mam wiele zastrzeżeń do fabuły „Danganronpa V3: Killing Harmony”, nie uważam też tej visual novel za niebywałe arcydziało, ale bawiłam się przeważnie dobrze przy wszystkich trzech częściach. W jakimś stopniu będę pewnie nawet tęsknić za bohaterami… Irytowali mnie, śmieszyli, smucili. Dlatego szkoda by mi było już nigdy więcej ich nie spotkać. Kontynuacji będę zatem wypatrywać z NADZIEJĄ. A jak wiadomo, ta zawsze wygrywa nad ROZPACZĄ! 😉





Spoilery!!!
Nie rozumiem jak mógł tak popsuć zakończenie, jeśli tak bardzo chciał zaszokować widzów po zakończeniu procecu mastermaid mógł powiedzieć, „ups, to jednak było kłamstwo, wszyscy umzecie na próżno, nie ma żadnego spokojnego świata”. Wtedy lubił bym dangranronpe nieco bardziej.
Pozostaje nadzieja, że ktokolwiek przejmie tę serię, zdoła jakoś naprawić to, co Kodaka odstawił w finale… Pod warunkiem, że nowa część się kiedykolwiek pojawi. :/