Zwykle damy w opałach czekają na rycerza na białym koniu. Zdarza się jednak, w baśniach i bajkach, że w tej roli występuje także „książę wróżek”, jak chociażby w klasycznej „Calineczce”. Kiedy więc przechodziłam ścieżkę Edwarda, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że na właśnie takich archetypie literackim go opierano. Tego nieco eterycznego, nieludzkiego bytu. Facet jest bowiem tak ładny, dobroduszny, nieco naiwny, pełen poświęcenia… że aż nierealny. Sama Rose, nasza MC, często będzie spoglądać na niego z uniesioną brwią, niczym Scarlett O’Hara w kultowych wydaniu Vivien Leigh, bo wydawał się jej aż nadto dziecinny czy idealistyczny w swoich przekonaniach. Mimo to… polubiłam Edwarda! Uważałam, że do kogo, jak kogo, ale właśnie do niego, taka charakterystyka doskonale pasowała. No i w tym mrocznym świecie Fae potrzebowaliśmy chociaż jednego promyczka nadziei. Kogoś, kto nie był na wskroś zepsuty.
Ród Edwarda, Bernsteinowie, pochodził od Sylfa, a to oznacza, że byli czymś w rodzaju „powietrznych wróżek”. W czym ciężko jednoznacznie wskazać literackie korzenie tej istoty, bo pojawia się w różnych dziełach już od średniowiecza, ale możemy jedynie zgadywać, czy opisujący i popularyzujący je Paracelsus czerpał inspiracje z greckich nimf czy innych wierzeń. Dlatego tym razem oszczędzę Wam kącika mitologicznego. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły Sylfy, ale że ich „zwiewność” pasowała do rasy fairies, więc… można zrozumieć wybór scenarzystów. Zresztą Szekspir też lubił ten termin i go nadużywał, więc wszystko się zgadza.
Wracając do Edwarda, to od początku fabuły Rose wie, że nie mógł on być zamieszany w wydarzenia sprzed lat. Był wówczas zbyt młody, więc co najwyżej dzielił ze sprawcami więzi krwi lub mógł ich jakoś tam później wspomagać. A choć nie ma do niego bezpośredniego żalu, to stara się być czujna, czego młody panicz bynajmniej nie ułatwia. Dlaczego? Bo ma on irytującą resztę rodziny tendencje spoufalania się ze służbą. Już pierwszego dnia chciał uścisnąć MC dłoń, by powitać ją jako nowy pracodawca, potem obiecał kupić jej prezent, a gdy o mało nie spadała z drabiny przy sprzątaniu, to osobiście popędził, aby ją złapać… Co więcej, w odróżnieniu od np. Ascota czy Linusa, Edward to 100% dżentelmen. Stara się nigdy nie wypadać z roli idealnego szlachcica, więc tylko czasami Rose udawało się widzieć przebłyski jego prawdziwych myśli i emocji, a wtedy odkrywała… że on jest naprawdę tak dobroduszną osobą! Że powstrzymuje się czasami jedynie dlatego, by nie przynosić wstydu ojcu, a jakby mógł, to pewnie zająłby się filantropią na szerszą skalę.
Zresztą, muszę przyznać, że bardzo podobał mi się rozwój tego romansu. Rose jest tutaj głównie obserwatorką, która po cichu zbiera informacje, ale z czasem orientuje się, że Edward się w swojej roli idealnego synalka dusi i także jest ofiarą własnej rodziny. Jego ojciec to zimny, wyrachowany i pragmatyczny mężczyzna, który nigdy nie kochał ani swoich dzieci, ani żony, chociaż ci rozpaczliwie próbowali zasłużyć sobie z jego strony na jakiekolwiek ciepło. W sumie to matka Edwarda do ostatniego momentu liczyła, że mąż wreszcie ją zauważy, ale on nawet na łożu śmierci nie okazał jej żadnej empatii. (Myślał wtedy o swojej niespełnionej miłości z dzieciństwa, a nie o konającej). Na dodatek Edward, już od najmłodszych lat, słyszał z jego ust jedynie krytykę. Ciągle był niewystarczający, nie dość silny, bystry, nie dość zaradny… i tak sobie dorastał z traumą podlewaną przez tego domowego tyrana. W sumie to chyba tylko dzięki literackiej fikcji, nie skończył jako psychopata XD.
A chociaż po utracie rodziny serce Rose także mocno skamieniało, to mam wrażenie, że cierpienie Edwarda mocno na nią promieniowało. Nie raz nie dwa, spotykali się bowiem – najpierw przypadkowo – w kryjówkach, gdzie na chwile mogli zapomnieć o zmartwieniach, np. gdy wspólnie schowali się w koronie drzewa, a potem nawet organizowali razem przejażdżki, gdzieś na łąki, z dala od miasta i innych bohaterów, aby po prostu odsapnąć. W tych krótkich momentach oboje pozwalali sobie na bycie zwykłymi ludźmi, a nie szlachcicem i służką, czy Bernsteinem i Randolphem, ale po prostu Edwardem i Aprose, co bardzo leczniczo na nich działało.
Towarzysząc Edwardowi w działalności charytatywnej, Rose odkryła, że faktycznie jego głównym celem, wcale nie jest budowanie potęgi własnego domu, ale dobro Albionu. Co wywołało u niej głębsze refleksje na temat własnych motywacji. Sama bowiem poświęciła się rodzinie i zemście, kiedy młody mężczyzna szukał pokojowej drogi dialogu i sojuszników, którzy pomogliby mu w przeprowadzeniu reformacji. Nie chciał walki z królową, konfliktów między domami czy zdradzać przyjaciół. Jednocześnie rozumiał, że pewne tarcia były nieuniknione, np. ze swoim przyjacielem z dzieciństwa – Linusem, bo mocno różnili się światopoglądem. (Nota bene, gdy panowie walczyli w sierocińcu, w ramach pokazów dla dzieci, to miałam straszny problem, by nie kibicować Edwardowi XD).
Zresztą inicjatywa Edwarda odbija się na nim czkawką. Kiedy stary dowiaduje się, że razem z Alfredem Edward używał swoich mocy, aby odbudować domy biedoty, to jawnie nim gardzi. Ba! Facet chciał nawet uderzyć swoją córkę, tylko za to, że mu odpyskowała i to Edward zasłonił Lily, przyjmując w jej miejsce liścia na twarz. Mimo to ani przez moment nie przestawał być wobec swojego starego uprzejmy i zdesperowany, aby przekonać go do swoich racji. Co przerażało i smuciło MC jednocześnie. Zrozumiała bowiem, że chociaż zaczynała bardzo lubić Edwarda, to może on nigdy nie przejść na jej stronę. Był zbyt mocno uzależniony od uznania ze strony ojca. Co akurat scenarzyści przedstawili bardzo realistycznie. Ktokolwiek kiedyś był albo widział w boku skutki toksycznych relacji, to powinien wiedzieć, jak ciężko się z nich wyplątać.
Dlatego do tego momentu romans rozwijał się bardzo uroczo, by nie rzec – nad wyraz wiarygodnie. Parka znowu miała fajny, wspólny moment, w którym, aby się pocieszyć, zaczęli tańczyć razem w ogrodzie. Edward użył nawet swoich zdolności kontroli wiatru, aby podnosić Rose, a ta nigdy nie była bardziej roześmiana, spokojna i wyluzowana. Ba! Przez to, że upadła jej garda, to opowiedziała mu nawet o swojej rodzinie, czego zwykle nie robiła i co było wyjątkowo nieostrożne. Zwłaszcza że ojciec Edwarda – Edmund, obserwował ich przez okno. Potworny creep.
Co ciekawe Edward wyznaje również niedługo później, z czego wynikało jego wyraźne zainteresowanie Rose. W jego domu nigdy nie było miłość. Zupełnie jakby nad Bernsteinami ciążyła klątwa, że zawsze będą wzdychać do osób, których nie mogą mieć i przez to musieli wiecznie cierpieć. Chociaż bardzo tego pragnął, Edward nigdy nie zbudował żadnych więzi ani z ojcem, ani z matką, ani nawet z siostrą, był więc niewyobrażalnie samotny. Zauważył jednak, że z Rose jest inaczej. Że pochodziła ona z domu, gdzie nauczono ją kochać i gdzie obdarzano ją miłością. Zaczął więc mieć nadzieje, że jeśli znajdzie się dla niego miejsce w jej sercu, to kobieta pozwoli mu zaznać nieco tego ciepła… Co było i przykre, i logiczne zarazem, patrząc na jego sytuacje.
Paradoksalnie ścieżka Edwarda to zarazem jedyna, gdzie do konfrontacji z królową dochodzi znacznie szybciej, bo już w rozdziale trzecim. Facet domyślił się już, kim jest Rose, bo nawet wymsknęło się jej raz imię Rileya. Obiecał więc, że jej pomoże, ale pod warunkiem… że będą kierowali się sprawiedliwością, a nie zemstą. Edward nie chciał wojny i chaosu w Albionie, bo jego zdaniem mieszkańcy dość już wycierpieli. Rozumiał jednak, że osoby odpowiedzialne za zabójstwo rodu Randolph powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności (chociaż i tak dość wybiórczo do tego podchodzili XD).
Niestety bohaterowie nie mają czasu na długie planowanie, bo gdy Królowa widzi Rosę, to od razu rozpoznaje w niej dziewczynę, której poszukiwała przez lata. Niby cała sytuacja w sali tronowej miała służyć jedynie przesłuchaniu faceta, którego podejrzewano o odcinanie skrzydeł najbiedniejszych fae na mieście, ale szybko zmieniła się w walkę z Tią. Królowa została w zamieszaniu zraniona sztyletem ze srebrem, a Oberon wykorzystał ten moment, aby się pojawić i zabrać ukochaną – wbrew jej woli – do Tír na nÓg. Co normalnie prowadziłoby nas do epilogu, ale nie tym razem.
Czas na idiotyczny rozdział czwarty, który mocno zepsuł mi przyjemność z tej ścieżki. W skrócie: szlachta musi się dogadać, co teraz dalej zrobią, bo zniknięcie Królowej nie pozostało niezauważone czy to przez mieszkańców Albionu, czy przez wrogie, sąsiednie nacje. W efekcie Rose także ma wrażenie, że została odstawiona na bok i pozbawiona swojej zemsty, bo Królowa po prostu sobie odeszła, Oberon ją oszukał, a Edward kazał czekać, aż upora się z politycznym chaosem. Tyle że ta MC do cierpliwych nie należy. Dlatego Rose wróciła do domu Bernsteinów, by osobiście wypytać Edmunda o jego udział w masakrze sprzed lat.
A co on na to? Niby się przyznał, ale potem nasłał na Rose swojego lokaja Nicolasa, który okazał się jakimś super hiper zabójcą na emeryturze XD. Na szczęście nie zabili MC na miejscu, ale zranili tak poważnie, że wypadła z fabuły na kilka dni. Co sprawiło, że Edward wreszcie się do niej pofatygował, odwiedził w domku, gdzie przechodziła rekonwalescencje i jeszcze raz przeprosił, że nie było go obok, gdy go potrzebowała. Znowu, cierpliwie, powtarzał, że muszą działać ostrożnie, że potrzeba czasu, dowodów itd. A ponieważ Rose zaczęła się lekko gotować, że i tak nigdy jej nie zrozumie, to zgodził się na eksperyment. Pozwolił, by MC użyła na nim swoich zdolności i pokazała mu, co dokładnie widziała i czuła w przeszłości. Chciał doświadczyć tego samego bólu, a po wszystkim, chociaż się popłakał, to nie zmieniło to jego myślenia. Dalej uważał, że starczy już rozlewu krwi w imię zemsty i czas, by dziewczyna odnalazła szczęście.
Czy to kupowałam? Chyba tak, bo rozumiałam obie strony. Prawda jest taka, że jak ktoś jest tak mocno straumatyzowany, jak Rose, to tylko stabilny emocjonalnie i mocno ugruntowany partner jest w stanie wyciągnąć ze szponów przeszłości i przepracować doznane krzywdy. Dwie równie poobijane jednostki, pomimo najszczerszych chęci, często nie mają dość zasobów, aby być dla siebie wsparciem. Rozumiałam więc, że Edward mógł swoim nastawieniem pomóc Rose, chociaż z drugiej strony on sam miał wiele własnych demonów… Nic zatem dziwnego, iż MC wkurzało jego „oddanie tatusiowi” i podsycało to brak zaufania.
Tak czy inaczej, od próby zrozumienia, nasi bohaterowie przeszli płynnie do więzi fizycznej. Rose i Edward skonsumowali swój świeżo co zadeklarowany związek – ku ogólnemu zawstydzeniu, ale tym samym obiecali sobie, że niedługo przetransformują to w oficjalną relację i wszystko się jakoś ułoży. Że Edward będzie nad tym pracować, a Rose… była w tej ścieżce coś bierna. Więcej czekała i obserwowała. Zupełnie jak wtedy, gdy jeszcze nie wiedziała, co myśleć o Edwardzie. A mogła się przecież, chociażby bardziej zainteresować faktem kim był typ, który wycinał skrzydła wróżkom, skoro twierdził, że robi to dla Randolphów. Zamiast tego jednak ten wątek przycichł, a prawdy dowiedzieliśmy się dopiero w True Route.
Został nam jednak jeszcze jeden rozdział i scenarzyści musieli czymś go wypełnić. Padło więc na najgorszy etap fabularny w całej grze. Poważnie, do tej pory wszystko przechodziło mi się mniej lub bardziej przyjemnie, ale tutaj faktycznie się męczyłam. Edmund wraz z Nicolasem włamują się do zamku i próbują przedostać do sekretnej komnaty, bo jest tam coś, co zapewni im władze… Znaczy, że co? Po cholerę ród Bernstein miał narażać się wszystkim pozostałym domom i co chciał tym samym osiągnąć? Koronować się? I ktoś miałby to zaakceptować? Przecież tam było jeszcze w cholerę innych, silnych ziomków, którzy by stanęli mu na drodze.
Ale najwidoczniej tylko ja mam z tym problem, bo Edmundowi tak się spieszyło do nawalanki z synem, że tego nie uwzględnił. W czym do zabawy dołącza też John, bo ktoś musiał przecież zajmować czymś Nicolasa. Facet całkiem zabawnie zauważył ze smutkiem: „czy wy wszyscy naprawdę nie możecie kochać więcej niż jedną osobę?”. Nope, nudne. Oni mieli krew fae, więc zgodnie z moją teorią wszyscy byli troszkę szurnięci.
Podczas walki Edwarda z papcią, dowiadujemy się wreszcie, że ten faktycznie stał za wydarzeniami z przeszłości. W sensie, jak dostał rozkaz zamordowania Randolphów, to jakoś zbytnio nie oponował, bo… kochał się od dziecka we Florance. Nie potrafił też się pogodzić z tym, że mając do wyboru jego i Randolpha, to wolała tego drugiego, a nawet uciekła i założyła sobie gdzieś tam rodzinę. Dlatego w swojej chorej główce, Edmund uznał, że jak usunie wszystko, co łączyło Florance z Randolphami (= jej rodzinę), to może kobieta wróci do niego. Ale tak się nie stało, bo Florance wolała zginąć niż mieć cokolwiek wspólnego z tym człowiekiem, a zasępiony Edmund postanowił odreagować niezadowolenie na swojej przyszłej żonie, dzieciach i służbie. Wspaniały człowiek, prawda?
Jeśli jednak chcemy zobaczyć happy ending, to fabułę trzeba poprowadzić tak, by to Edward stał się katem. Zabija własnego ojca, pomimo tego, że złamało mu to serce, a potem razem, w objęciach Rose, płaczą nad wszystkim, co utracili. Trzeba bowiem przyznać, że Królowa Tia & Dwór przeciągnęli tych młodych ludzi przez piekło. A bynajmniej nie tak sobie to wyobrażali. Ah, no i jeśli kogoś by to interesowało (kogokolwiek?), to John także pozbył się lokaja. Papa Nicolas. Nie będziemy tęsknić.
Potem następuje przeskok w czasie. Okazuje się, że zawirowania polityczne ucichły na tyle, że domy szlacheckie współpracują ze sobą nad utrzymaniem pokoju. Edmund pogodził się z Luciusem, John pracuje w domów Bernsteinów jako nowy lokal, a Rose spodziewa się już drugiego dziecka. Jak zatem widać, to zapotrzebowanie na „miłość” pchnęło Edwarda do rozpoczęcia własnej mass produkcji, bo ewidentnie ciężko było mu się od małżonki odkleić. Chociaż, znając życie, i fakt, że kręciła się tam gdzieś jeszcze Lily, to kłopoty bynajmniej ich nie opuściły. Pewnie ta szalona cioteczka także mogłaby coś wkrótce odwalić.
W złym zakończeniu, w którym Edward decyduje się oszczędzić ojczulka, dochodzi do istnie arturiańskiego zwrotu akcji. Rose uświadamia sobie, że ten spragniony aprobaty i miłości rodziny chłopaczek nigdy nie postawi jej dobra na pierwszym miejscu. Nie wesprze też jej w zemście. Postanawia więc uciec za granicę, z dala od Albionu, i to w tajemnicy, by Edward się nie zorientował i wychować ich wspólne dziecko (bo jest przy nadziei) na nowego mściciela. Staje się więc taką Morgause/Morgan/Anną (zależy, po które źródło sięgniemy), która wychowa małego Mordreda.
Co jest to tyle interesujące, że to właśnie zabójstwo Artura oznaczało de facto zagładę magicznego świata! Cytując za A. Sapkowskim: […] Arturowi śmierć zadana ręką Mordreda uniemożliwia stworzenie Królestwa Dobra, Światła i Pokoju. Graal, zamiast zintegrować, rozprasza i antagonizuje Rycerzy Okrągłego Stołu, dzieli ich na godnych i niegodnych dotknięcia Świętego Kielicha. A dla tego, który jest najgodniejszy, dla Galahada, zetknięcie z Graalem oznacza pożegnanie tego świata. Lancelot wariuje, Merlin daje się ogłupić i uwięzić Nimue. Coś się kończy, kończy się epoka. Starszy Lud Dużej i Małej Brytanii, elfy i inne rasy muszą odpłynąć na Zachód, do Avalonu lub Tir-Nan-Ogu, bo w naszym świecie nie ma już dla nich miejsca). (źródło: Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach, „Nowa Fantastyka” 1993, nr 5 (128), s. 65–72).
A czemu o tym wspominam? Bo dziwiło mnie trochę psioczenie na to zakończenie w social mediach. Dla mnie było jednym z lepszych i brawa dla japońskich scenarzystów, że sięgnęli po tak przecież kulturowo obce im, bo na wskroś europejskie, inspiracje! Jasne, wiele rzeczy posypało się tu po drodze, ale nie da się ukryć, że to właśnie mit arturiański był podwaliną dla ścieżki Edwarda: od ogromnej miłości, do jeszcze większej tragedii. Że los jaki czekał teraz Albion i fae, był podobny do upadku Camelotu, i do tego, by zakończyła się pewna era.
Wreszcie ending numer 3, czyli Astray, chyba również powinniśmy nazwać złym… chociaż głównie dla Edwarda, bo Rose zdawała się całkiem zadowolona XD. Widząc, jak się sprawy mają i że na ukochanym nie ma co polegać, bo – ponownie – zawsze weźmie nad nim górę jego łagodna, idealistyczna natura, Rose znajduje nieoczekiwanego sojusznika. W zasadzie to Linus sam do niej przychodzi. Po tym, jak utracił Królową i odkrył prawdziwą tożsamość MC, facet zrozumiał, że Rose była jego dawną, dziecięcą miłością, o której myślał, że ją utracił. (Prawie jak Edmund, nie?). A jako że pochodził od Cu Sith, to ciążyło na nim magiczne przekonanie, że MUSI służyć potężnej kobiecie fea. No to, czemu nie połączyć obu tych rzeczy na raz? Linus proponuje Rose małżeństwo i w zasadzie oddaje się jej absolutnie, do tego stopnia, że torturuje i niszczy własny ród, aby zdobyć dla niej informacje i by mogła kontynuować swoją zemstę. Jeśli bowiem chodziło o służbę potężnej fae, to Cu Sith tracili jakiekolwiek moralne hamulce.
A co na to nasz Edward? Jest zdruzgotany. Wie, co to oznacza dla jego domu, no i utracił jedyną kobietę, którą pokochał. Niestety jego droga otwartej dłoni nie przemówiła do żadnego z przyjaciół i wybrali wojnę.
Co wszystko razem prowadzi mnie do podsumowania! No to co myślę o ścieżce Edwarda? Że mogła być dużo, dużo, DUŻO lepsza, gdyby nie Edmund jako wyjątkowo słaby antagonista i kiepski rozdział czwarty. Naprawdę podobało mi się tu powolne i wiarygodne budowanie romansu, to jaka Rose była szczęśliwa przy boku Edwarda, ale wszystko, co pozytywne, zaczęło się sypać im bliżej końca. Myślę, że twórcy wymyślili całkiem fajnego love interest, mieli też z góry pomysły na bad endingi, ale już niekoniecznie na radosną ścieżkę. Dlatego Eward skończył z historią znacznie gorszą, niż na to zasługiwał. Dalej lubię tych bohaterów i podoba mi się, że w ich związku to Rose jest tą, która zachowuje zimny pragmatyzm, ale gra zostawiła mnie z ogromnym niedosytem i rozczarowaniem. Zupełnie jakby w pewnym momencie scenariusz zaczęła pisać inna osoba.
