Słuchajcie, moi drodzy, i radujcie się! Tomonori powrócił w nowym wcieleniu! XD Dosłownie tak się czułam, zważywszy, że nie tylko postacie są podobne, dynamika romansu, archetyp, ale jeszcze współdzielą tego samego seiyuu~! (Mam na myśli tego pana: Fukuyama Jun). W każdym razie pomimo tego, że absolutnie nie podobał mi się jego design, to Ascot szybko wywalczył sobie wysoką pozycję w mojej topce. Dlaczego? Ależ, z przyjemnością odpowiem!
Zacznę jednak od ogromnego spoilera, czyli faktu, że w naszej obsadzie love interest to właśnie Ascot jest… czystej krwi fae. (Chociaż mnie dalej to nazewnictwo nieco mierzi, o czym napiszę więcej w głównej recenzji). Twórcy co prawda robią z tego wielki sekret, ale jeśli przechodziliście grę uważnie i w sugerowanej przez scenarzystów kolejności, to jest to już oczywiste po ścieżce Lucasa. Ale czemu o tym wspominam? By przygotować was na kącik mitologiczny! W tym odcinku dowiemy się, kim był Puka. …Kto? Ano w Mistonia’s Hope tak nazywany jest założyciel domu Lindel, do którego niby należał Ascot. Tak naprawdę jednak… to Ascot i ojciec-założyciel byli jedną osobą! Jedynie ukrywał on swoją prawdziwą naturę, by nikt nie odkrył, że poza Królową Tią, są jeszcze w Albionie inne, pierwotne fae. (No i bynajmniej nie przekazał on pałeczki żadnym potomkom, chociaż przy jego trybie życia to powinien mieć legion bękartów…).
Wracając do korzeni Puki, to pewnie większość z Was najlepiej kojarzy go jako złośliwego sługę Oberona ze Snu Nocy Letniej Wiliama Szekspira i to chyba całkiem trafne przedstawienie tej postaci, ale badacze nie są zgodni z tym, skąd brytyjski autor czerpał swoje inspiracji. W folklorze irlandzkim nie był on bowiem niczym innym jak rodzajem podstępnego duszka, czasami pomocnego, a czasami irytującego, o zdolnościach zmiennokształtnego, więc lubił pokazywać się zwłaszcza jako czarny koń. Jak opisuje go W.B. Yeats: „puca jest zasadniczo duchem zwierzęcym […]. Żyje na szczytach odosobnionych gór i w starych ruinach, „spotworniał z samotności” i należy do świata koszmarów nocnych” (źródło: Baśnie i podania ludowe Irlandii, s. 124.).
W czym twórcy Mistonia’s Hope musieli czerpać z tego opisu pełnymi garściami, bo Ascot przejawia wszystkie cechy tego podstępnego fae. Jest potężny, znudzony, ulega kaprysom, lubi bawić się ludzkim życiem, manipuluje koszmarami, no i… nigdy nie zaznał prawdziwej miłości. Co ma się dla niego niedługo odmienić. Bo przecież nie po to przechodzimy gry otome, by bohaterowie pozostawali singlami. 😛
W grze poznajemy Ascota, gdy tak jak reszta szlacheckiej obsady love interest, przychodzi do Bernsteinów, aby omówić przygotowania konferencji dla królowej. To tam, w ogrodzie, spotyka on również naszą MC i z miejsca zaczyna się nią interesować. Dzięki mocom fae i temu, że pracował potajemnie dla Oberona, dość szybko domyślił się, kim ona jest. Jedyną ocalałą z masakry domu Randolph – Aprose i cennym naczyniem, którego poszukiwała Królowa. Dlatego Ascot zamierza ją w tym pięknym pragnieniu zemsty wspierać, ale na swój własny, pokręcony sposób. Nie odmawia też sobie typowego flirtowania, dlatego przy każdej, możliwej okazji, całuje dłoń Rose, albo prawi jej tanie komplementy, albo próbuje objąć, zauroczyć, a ja byłam na tym etapie pewna, że nie ma bata, bym polubiła typa… Cóż, widać muszę się o sobie jeszcze wiele nauczyć.
Ascot obmyśla sobie, że będą z Rose udawać parę, bo tak łatwiej będzie im konspirować na boku. W czym nikogo zbytnio nie dziwi, że głowa rodu Lindel ugania się za służką, bo on miał reputacje typa, który jest gotowy zaliczyć wszystko, co przed nim nie ucieknie dostateczni szybko. Tymczasem Rose godzi się na ten układ, bo wierzy, że zainteresowanie Ascota będzie jej na rękę. Skoro w zasadzie był tak blisko królowej, jak nikt na całym dworze, to planowała wyciągać od niego informacje i przybliżyć się do zemsty. Co więcej, uznała, że skoro Ascotowi tak na tym zależy, to może nawet użyć w tym celu swoich kobiecych uroków. Pomimo tego, że dosłownie każdy sojusznik ostrzegał ją, by tego nie robiła: John, Oberon, Goneril… bo doskonale wiedzieli, że niedoświadczona w romansowaniu Rose, jest dla kogoś takiego jak Ascot płotką.
Dziewczyna jednak ich nie słucha i idzie z Ascotem na randkę, podczas której coś tam się niby dowiaduje, nie mając pojęcia, że tak naprawdę utknęła mocno w bagnie, bo on dosłownie się nią bawił i manipulował, aby trochę odpędzić nudę, a trochę ocenić, czy plan Oberona ma jakiekolwiek szanse powodzenia. Szybko doszedł do wniosku, że Rose była za słaba, aby stanowić zagrożenie dla Tii, ale jako naczynie dalej była cenna. Nim jednak ich rozmowy przeszły na poważniejsze tematy, to parka została w parku zaatakowana. Oszalała z miłości, nieznana Rose kobieta, próbowała zasztyletować Ascota, który złamał jej serce, a cała ta sytuacja tylko go rozbawiła. Wtedy też po raz pierwszy MC zobaczyła w jego oczach nieludzkie okrucieństwo, które ją zmroziło. Zupełnie jakby chaos, ból i obłęd były dla niego źródłem rozrywki.
Po tych wydarzeniach Rose ma pewne przypuszczenia, ale potwierdzają się one dopiero później, gdy podczas innego spotkania w parkę o mało nie wpada zerwany z uwięzi koń. Ascot bez problemu powala „zaklęciem” rozpędzone zwierzę i znowu, ta sytuacja go nawet nie zaniepokoiła, kiedy dla MC stała się dowodem na to, że był on silniejszy niż jakikolwiek demifae. Zresztą, Ascot już wówczas nie zaprzecza. Potwierdza, że jest Puką, czyli liczącym ponad 500 lat pierwotnym mieszkańcem Tír na nÓg i wiernym poddanym królowej. A przynajmniej teoretycznie.
W kolejnych scenach dowiadujemy się coraz więcej o motywacji Ascota i dlaczego zdecydował się na zdradę. Otóż Puka i Królowa mieli potężną więź. Do tego stopnia, że w zasadzie nie mógł się jej sprzeciwiać, a bez niej nie mógł też wrócić do Tir na nOg. (Coś podobnego jak z Wardami). Dlatego Ascot był uwięziony w świecie śmiertelników, w którym królowa upierała się pozostać, ale był jeszcze jeden problem. Otóż Ascot zaczął się starzeć. W efekcie nawet gdyby jakimś cudem udało mu się dostać do ojczyzny, to jego ciało nie byłoby nieśmiertelne i by tam usechł. A niczego aż tak bardzo się nie obawiał, jak właśnie tego losu. Na dodatek królową absolutnie nie obchodziło, że jej wierny poddany cierpi. Szukała jedynie naczynia dla siebie – naszej MC, by w odpowiednim momencie przenieść się do nowego ciała, a Pukę zostawić z niczym. To dlatego był na nią wściekły i postanowił, że dogada się z Oberonem. Będzie wspierać Króla w zaciągnięciu małżonki do Tír na nÓg w zamian za zastępcze ciało dla siebie.
I teraz, w tym miejscu, chciałabym zaznaczyć kilka rzeczy. Czytając Reddita, spotkałam się z różnymi opiniami na temat postaci Ascota i niektórzy nie potrafili wybaczyć mu jego egoizmu. Chciałam więc tylko wspomnieć, że to absolutnie najwierniej i realistycznie przedstawiona postać fae, jeśli chcemy bazować na tym, jak były opisywane w podaniach z folkloru. Fae, a w zasadzie sidhe, bo Ascota raczej trafniej byłoby nazywać w ten sposób, miały mentalność dzieci, ale potężne ciała nadprzyrodzonych istot. Kierowały się jedynie zachciankami, kaprysami i zaspakajaniem własnych potrzeb. Miały przy tym równie niedorozwiniętą moralność. Zupełnie jak kilkulatek, który wyrywa nóżki pająkowi, aby zobaczyć, co się stanie. Albo, który szarpie matkę, by się nim zajęła, chociaż ta już pada ze zmęczenia i tonie we łzach. A jeśli chcemy nawet więcej literackich przykładów, to powołam się tutaj na postać Piotrusia Pana, który także był czymś w rodzaju fae. Pamiętacie, że ten typ zasadniczo uprowadzał dzieci i okaleczał piratów dla zabawy? Także nie miałam pretensji do Ascota, że jest absolutnie przerażający, bo tego dokładnie się po nim spodziewałam. To w sumie była jego natura, co prowadzi mnie płynnie do drugiego zarzutu fanów…
…dlaczego Rose zachowuje się tu tak inaczej? W sensie: jest mniej przebiegła, wojownicza, mniej dominująca? Cóż, dla mnie wystarczającą odpowiedzią była scena z Johnem, który próbował powstrzymać Ascota i kazał mu odwalić się od MC. Przypominam, że Ascot dosłownie się za niego teleportował, chwycił za twarz i zesłał na niego koszmary… które jakby chciał, mogłyby się nigdy nie skończyć. Dlatego, czy naprawdę się dziwimy, że mając do czynienia z czymś w rodzaju boga, MC była bardziej ostrożna? Przecież on w każdej chwili, dla kaprysu, mógłby zmienić zdanie i donieść na nią królowej. Tymczasem jej próby, aby go „uwieść”, były wręcz smutne. Stąd wcale się nie dziwiłam, że Rose błądzi i stara się go zbytnio nie prowokować. W końcu, jakby się upominała, że szuka zemsty też na nim, to cholera wie, czy ich „sojusz” nie skończyłby się w tym samym momencie. Raczej dostalibyśmy wówczas szybko Bad Ending, bo fae miał ją przez większość fabuły dosłownie gdzieś. Chciał się nią tylko pobawić, może zepsuć i porzucić. A tymczasem Rose naprawdę, realnie go potrzebowała, aby zbliżyć się do królowej.
Tymczasem mijają dni i dochodzi do pewnej przemiany. Zarówno u naszej MC, jak i u Ascota. Im bowiem więcej czasu ze sobą spędzają, żartują, niby romansują, tym Rose uświadamia sobie, że zaczyna lubić tego potwora. Jasne, dalej się go w pewnym stopniu obawia, ale coraz lepiej nawiguje w interakcjach z fae. Zaczyna rozumieć schemat, jak z nim postępować. Co go ciekawi, co drażni, czego się spodziewać w niespodziewanym. Z kolei, jeśli chodzi o Ascota to… wpadł on po prostu w nową obsesję.
I części fanów się to niezbyt podobało, że Ascot nagle, jak rażony piorunem, postanowił, że Rose ma „być jego i tylko jego”. Mnie to jednak znowu nie zaskoczyło, jeśli pamiętamy, jakimi istotami były sidhe. Popatrzmy na Oberona. Jego małżonka go okaleczyła, porzuciła, zdradziła i… wiecie co? On spędził +500 lat, myśląc tylko o tym, jak ją odzyskać. Nawet wbrew jej woli. XD A to tylko jeden z wielu przykładów, jak działały te istoty. Kiedy postanowiły, że czegoś chcą, to nie puszczały jak Reksio szynki. Przypominam, że w podaniach często uprowadzają dzieci, bo np. nagle im się spodobały. Dlatego nie zdziwiłam się, że Rose, której ród był najbliżej czystokrwistych fae, jak tylko się dało, spodobała się Ascotowi od początku fizycznie, a potem, gdy wyjaśniła mu swój pogląd na śmierć, zachwyciła go też na innej płaszczyźnie i po prostu coś mu pod czachą i w serduszku kliknęło.
Przypomnijmy, że Ascot potwornie bał się śmierci. W sumie jej cień go nie opuszczał. Dlatego, gdy Rose powiedziała mu, że ludzie mają swoje sposoby, by uwolnić się od myślenia o końcu, to poczuł nagły spokój. Być może ktoś by powiedział, że jej metoda, nie była niczym odkrywczym, ale to zarazem jedyna, jaką faktycznie praktykujemy jako ludzie. Przeżyć dany nam czas tak, by gdy nadejdzie ten moment, to odejść bez żalów. Dla jednych będzie to znalezienie prawdziwej przyjaźni, dla innych miłości, dla jeszcze innych zostawienie czegoś po sobie… Jest wiele przykładów. Dla Ascota liczyło się jednak to, że przy Rose, odnalazłby wreszcie spokój. Był bowiem w pewien sposób już naznaczony tym widmem śmierci i nawet po powrocie do Tír na nÓg nie powiedziane, że wspomnienie przemijalności, by go dalej nie dręczyło. On władał koszmarami, ale to nie oznaczało, że potrafił się uwolnić od własnych.
Inna rzecz, którą także brałam pod uwagę, a która dostatecznie nie wybrzmiała, to także fakt, że pomimo posiadania setek kochanek… żadna z nich nie wiedziała prawdy o Ascocie. To dopiero przy Rose był naprawdę sobą. Nie musiał aż tak ściemniać, mógł przedstawiać się w najszczerszym (czyli najgorszym XD) świetle i swobodnie nawijać z nią o tajemnicach fae. Możliwe więc, że znalazł w tym dodatkową zaletę.
Tak czy inaczej, od tej pory Ascotowi wydawało się, że Rose „świeci” (dosłownie) i wpadł w obsesje na jej punkcie. Chciał bliskości fizycznej, rozmów, tego by MC myślała tylko o nim, tak jak on o niej, by czytała z nim książki, by słuchała anegdotek o ojcach-założycielach itd. Zaczął obdarowywać ją również komplementami, przedmiotami (w tym 500-letnią broszką od Spriggana), a jakby mógł, to by się do niej przyssał na stałe. No i wszyscy zobaczyli tę przemianę: Edward, Lucas, reszta służby, królowa i nawet – zniesmaczony – Oberon. (Przyganiał kocioł garnkowi…). Ascot w pewnym sensie przepadł, a Rose znalazła się w punkcie, w którym nie wiedziała, co z tym zrobić. Jakby go brutalnie spławiała, to by się to na niej odbiło czkawką.
A było przecież kilka dodatkowych problemów, które mocno rzutowały na przyszłość tego związku. Jakich? Ano, po części dzięki Johnowi, MC odkryła, że nawiedzające ją koszmary, to nic innego jak efekt mocy Puki, który przy okazji wysysał z niej życie. Przyznacie, że miała prawo zacząć wątpić w jego intencje. Po drugie, to protagoniści odkryli, że Oberon zamierzał ich nieźle oszukać. Tym obiecanym, astępczym ciałem, które przygotował dla Ascota na naczynie, był nie kto inny jak brat Rose – czyli Riley. Do tej pory dziewczyna była przekonana, że nikt, poza nią, nie ocalał z masakry. Tymczasem Król Fae zataił przed nią ten fakt i chciał podarować Ascotowi nowiuśkie ciałko do zamieszkania, w zamian za współpracę. To tyle, jeśli chodzi o moralność fae. I jak tu ich nie lubić?
Nic zatem dziwnego, że Rose się przestraszyła i zdystansowała. Musiała też poukładać sobie to wszystko w głowie i sama zdecydować, na ile ufa Ascotowi, a na ile jest szansa, że to część jego zabawy i za chwile on także ją wystawi. Albo odwali coś równie strasznego. Ah, no i jeszcze zabierze sobie Rileya, bo nie będzie widział w tym nic złego. W zależności więc od tego, co postanowi nasza MC, na taki z endingów natrafimy.
Jeśli pomimo wszystkich czerwonych flag, sygnałów ostrzegawczych i zdrowego rozsądku MC zaufa Ascotowi… to dostaniemy ten wyczekiwany happy ending. XD W sensie, faktycznie Puka pomoże Rose przedostać się do zamku, przygotuje broń potrzebną do zabicia fae i będzie walczył u jej boku, podczas konfrontacji z królową, ale będzie to ścieżka pełna wyrzeczeń. Głównie dla Ascota. Kiedy bowiem protagonistom uda się już wykonać plan i pozbędą się królowej, to pozostaną im pertraktacje z Oberonem. Ascot uprosi króla, by zabrał jego moce władania koszmarami, bo nie chciał dalej krzywdzić MC, i by uwolnił Rileya. Sprawiło to, że w efekcie Ascot zamienił się w zwykłego demifae i stał śmiertelny… ale nie przeszkadzało mu to absolutnie, bo niedługo potem skonsumował swój związek z MC i nawet się oficjalnie hajtnęli.
W złym zakończeniu Królowa nie zamierza dać swojemu słudze odejść, bo jest o niego zazdrosna… i kradnie mu na tyle dużo mocy, że Ascot potrzebuje nowego ciała natychmiastowo. Pomaga mu w tym Philip, który cholera wie, dla kogo na tym etapie pracował, i Ascot dosłownie pożera ducha Rileya, by zająć jego miejsce. Co, oczywiście, jest absolutnym szokiem dla MC. Udaje jednak, że jej to nie ruszyło aż do obalenia królowej, bo ciągle potrzebowała wiedzy i mocy Ascota, a potem… zamierza go krzywdzić przez całe swoje życie. Dokładniej to nie pozwala mu się nawet dotknąć, choćby pocałować w stopę, bo są przecież teraz rodzeństwem, ale ciągle sprowadza sobie nowych kochanków, by bawić się z nimi na jego oczach. John jest zdruzgotany, Ascot też, ale taką właśnie zemstę wymyśliła sobie MC, bo przypomnijmy, że Puka też był odpowiedzialny za zagładę Randolphów.
W innym, tragicznym zakończeniu, Ascot nie jest stanie ogarnąć, czemu Rose go nagle unika i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Jasne, wiedziała, że zamierza w przyszłości zabrać czyjeś ciało, ale jego umysł fae nie widział w tym niczego niemoralnego, no i mogliby być potem dalej razem… Jakiś czas później natrafia jednak na Johna i Rose, śledzi ich ukradkiem, i widzi, jacy są szczęśliwi. Uświadamia sobie wówczas, że dziewczyna nigdy nie pokaże mu tej radosnej, ciepłej strony, którą obdarowywała Johna, więc fae opracowuje nowy plan. Idzie układać się z Johnem i przekonuje go, że mogą dzielić się Rose, w niekończącym się śnie, który dla nich stworzy. Wystarczy, że będą współpracować. Nie było to może dla nikogo rozwiązanie idealne (zwłaszcza dla naszej MC), ale przynajmniej każdy z nich dostałby namiastkę jej miłości, której w żaden inny sposób nie zyskają. I wiecie co? John się zgadza, bo jego własne pragnienia biorą górę. Rose kończy więc z dwoma kochankami, w iluzorycznym świecie, i nawet nie wie, że jej zemsta nigdy nie dosięgnęła Królowej, że wszyscy sobie żyją bez niej dalej w Albionie, i że stała się zabawką tych dwóch typów… (W czym jeśli kogoś dziwi zachowanie Johna, to przestanie, jak przejdziecie jego ścieżkę. Tam się sporo wyjaśnia).
A skoro czas na podsumowanie, to powiem, że bardzo podobała mi się ta historia, właśnie przez to, jak fajnie przedstawiono tu naturę fae, oraz jak nie unikano bardziej dojrzałych rozwiązań. Dla przykładu Rose trochę godzi się z tym, że istnieje ryzyko dalszych zdrad ze strony jej małżonka, ale wrzuca to prawdopodobieństwo w koszta. On po prostu taki był. Fajnie też przedstawiono ich dalsze życie, tego jak Riley dosłownie brzydzi się Ascotem, jak parka nie wyłazi z sypialni, i jak Ascota prześladuje nowy strach… tym razem przed rozwodem XD. Ich romans był więc bardzo dynamiczny, burzliwy i fizyczny. (W której innej ścieżce usłyszymy od Oberona, że „miłej zabawy przy ujeżdżaniu tego konia”?).
Pewnym rozczarowaniem, ale podejrzewam, że był to celowy zabieg twórców, było za to ukazanie prawdziwej formy Puki podczas walki z Królową… w sensie. Popatrzcie na to:

…poważnie, Aprose, czy go trollujesz? Czy to jest uosobienie koszmarów? Potężny, mroczny fae, o jakim myślicie, pamiętając opis Yeatsa? Wcale się nie dziwię, że on nikomu nie chciał pokazywać tej formy. Nam także mógł jej oszczędzić, ale twórcy pewnie chcieli, abyśmy padli ze śmiechu i w pełni się im to udało.
Kolejnym minusem, ale to już kwestia gustu, było dla mnie, jak długo budowano napięcie, przed ujawnieniem, że Ascot jest prawdziwym fae. Miałam wrażenie, że wiedzą o tym dosłownie wszyscy, poza naszą MC, bo gracze domyślili się już dawno, 50% obsady wiedziała od początku, a ta łączy kropki i łączy… Nic zatem dziwnego, że sam love interest ironicznie skomentował, że długo jej to zeszło. A żebyś wiedział!
Nie jestem też fanem ponowienia sceny, w której do rezydencji Bernstein wkrada się znowu porzucona kochanka i próbuje zasiekać Ascota, ale Rose staje jej na drodze i ochrania go własnym ciałem. Jasne, rozumiem, po co to było, aby pokazać, że MC jest gotowa poświęcić dla niego nawet życie (co sprawiło, że on chciał dla niej zrobić to samo – zrzec się nieśmiertelności), ale wszystko to było zbyt deus ex machina, zbyt wygodne i naciągane do granic dobrego smaku. W czym, chociaż tyle dobrego, że Rose nie straciła swojego cierpkiego humoru i już po wydarzeniu uznała, że zrobiła to dla tej biednej kobiety, a nie dla tego zasługującego na zadźganie bawidamka.
A co z wątkiem, że Rose wiedziała, iż Puka przejmie czyjeś ciało, ale nie chciała go powstrzymać i zaczęła mieć wątpliwości, dopiero gdy usłyszała, że chodzi o jej brata? Mam wrażenie, że po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich bohaterek w grach otome, np. które poświęcą wszystko dla zemsty, ale to czyni ją bardziej wiarygodną i wyjątkową. Zresztą, nie jestem pewna, czy ona faktycznie puściłaby to potem tak płazem. Gdyby Puka dalej był nieśmiertelny i np. nie wrócił do Tír na nÓg, to cholera wie, czy nie stanowiłby nowego zagrożenia dla Albionu. Równie wielkiego jak królowa. Ale możemy sobie tylko gdybać.
Summa summarum, naprawdę dobrze bawiłam się, przechodząc tę ścieżkę, a zupełnie się tego nie spodziewałam. Ascot wydawał mi się dosłownie męczący, a okazało się, że to bardzo złożony bohater. Nie tak jednowymiarowy. Na dodatek moralnie wątpliwy jak Linus, ale bez hipokryzji. No i wszyscy fae były tu naprawdę straszne… Oberon, który chciał posłużyć się Rileyem, Ascot, który potajemnie zabierał życie z MC, Tia, która była gotowa nawet romansować z Ascotem, po przejęciu ciała Rose, bo uznała, że to byłoby zabawne… Brrr! Cieszę się, że w końcu trafili się antagoniści, którzy są pokręceni, a jednocześnie rozumiem ich motywacje.
