Kiedy zobaczyłam Pasha po raz pierwszy, myślałam, że będzie to love interest, który spodoba mi się najmniej. Przypominał mi nieco Heisuke z Hakuōki: Kyoto Winds & Edo Blossoms. Wydawał się najdrobniejszy z całej obsady, bardziej na uboczu, jak postać z drugiego planu, ale nie mogłam się bardziej mylić! Jasne, Pash faktycznie miał kompleks na punkcie swojego wzrostu – stąd pił dwa razy dziennie jakieś podejrzane eliksiry, które miały dodawać mu milimetrów (jakkolwiek to brzmi) – ale nie był to w żadnym razie jego główny problem fabularny, a jedynie powracający żart z nazywaniem go „chibi”.
Tak naprawdę Pash pochodził z wojowniczego ludu królestwa Daigroth. Był jedynym synem lorda Evasa, który z kolei był młodszym bratem Ildas, czy króla ich ojczyzny. Co teoretycznie, jeśli nie mieli większej ilości krewnych, o których nie wiemy, czyniło go trzecim w kolejce pretendentem do tronu. Ale ambicji rządzenia krajem nie było na liście młodego mężczyzny. Tak prawdę znalazł się w Nirvanie, bo szukał właśnie ucieczki od domu i rodziny. Nie dlatego, że darzył ich niechęcią, wręcz przeciwnie. Miał jednak pewien poważny problem, a o co w nim chodziło i jak go finalnie rozwiązał – nie dowiemy się bez czułej i cierpliwej ingerencji naszej MC. 😉
Lan poznaje Pasha, gdy już dołącza do Akademii i spotyka nastolatka na mieście. Chłopak uwielbia pikantne żarcie, więc dzieli się z nią samosami. Jest też dla niej sympatyczny, bo ogólnie miał pogodną naturę. Jasne, twierdził, że nie przepada za kobietami, ale było to tylko takie typowe pierdzielenie młodzieńca, który jeszcze nie wyszedł do końca z wieku, gdy mówi się takie brednie, bo z babami pokazywać się to wstyd. W czym, paradoksalnie, tak naprawdę Pash znał się i przyjaźnił z Yurianą, dziewczyną, która potem stanie się współlokatorką Lan, i nie było pomiędzy nimi żadnej niechęci, a wręcz bratersko-siostrzane relacje. No, może Yuriana, podobnie jak Lustin (z którym to z kolei Pashdzielił pokój) często mu słownie dokuczała, ale były to tylko takie serdeczne zaczepki. W czym, jasne, na upartego, moglibyśmy powiedzieć, że to kolejny przejaw szowinizmu w tej grze, ale nie uczepiałabym się tego za bardzo.
W każdym razie Pash nie wykazuje żadnej agresji wobec Lan i nie uprzedza się do niej tylko dlatego, że ma magiczny miecz. Nie warczy na nią jak Abel, nie próbuje jej podrywać jak Lustin, czy nie unika jej jak Nike… stąd dość szybko MC zaczyna czuć się dobrze w jego towarzystwie, a nawet cieszyć się na wspólne rozmowy. Ich relacja zmienia się jednak diametralnie po pewnym, niezręcznym wydarzeniu. Otóż, jak to ma miejsce w każdej ze ścieżek, Lan trafia na trening do medyków, a że jej stan z powodu przeklętej broni może ulegać pogorszeniu, to musi podlegać systematycznym badaniom kontrolnym. Pewnego dnia, gdy dziewczyna zostaje poddawana takim medycznym konsultacjom, to już po wszystkim, w trakcie jej przebierania się, do gabinetu lekarzy wparowuje Pash, który został tam oddelegowany jako pomoc. Na widok dziewczyny w „samej podkoszulce” spanikowany młodzieniec ucieka i powtarza chyba z 1000 razy „gomen”. A co na to MC? Cóż, też jest nieco zakłopotana, ale bardziej martwi ją ślad krwi, który ciągnie się z Pashem przez cały korytarz i wyraźnie pochodzi z jego nosa, więc pędzi za nim, aby go uspokoić i potwierdzić, czy nic mu nie jest…
Btw. to nawet zabawne, że Pasha tak bardzo poruszył widok Lan, która – jeśli dobrze rozumiem z CG – miała na sobie podkoszulek, ale kompletnie nie robi na nim wrażenia taka Ignis, której sznureczki zamiast stanika naprawdę nie zostawiają pola dla wyobraźni. XD Ot, logika gier otome. No, ale wiadmo, że stare baby, jak Ignis, to już nie są atrakcyjne i nikomu się nie podobają.
(A jakby ktoś nie rozumiał, o co chodzi z krwawiącym nosem, to przypomnę, iż Japończycy zwykli w taki sposób pokazywać czyjeś podniecenie – wiecie, przemieszczająca się w organizmie krew i te sprawy. Chociaż szczerze wątpię, by ktoś na tym blogu tego motywu nie znał).
Od tego momentu młodzi rozmawiają często i gęsto, a Pash się przekonuje, że Lan nie jest taka „zła”, jak mu się wydawało i dziewczyny (tak ogólnie, jako „gatunek”) mają wiele interesujących cech. Mówi nawet Lustinowi coś w stylu (ale to dopiero w historii bonusowej), że są trochę jak „z innego świata”. W każdym razie, gdy nadarza się okazja, to bohaterowie często jedzą razem na mieście, a Lan pociesza nawet Pasha, gdy kiepsko mu idzie podczas zajęć lub walk grupowych. Zwłaszcza że instruktor Leonidas wydaje się wobec dzieciaka nad wyraz surowy i grozi mu nawet, że jak nie poprawi swojego wyniku i nie trafi do topki wojowników w najbliższym turnieju, to odeśle go na stałe do medyków. Co było w tej Akademii formą upokorzenia.
Nie pomaga fakt, że gdy przypadkowo, podczas wspólnego lunchu, młodzi wpadają na lorda Evasa i Ignis, to ci również zaczynają chłopaka opieprzać. Mówią mu, że jeśli w przeciągu najbliższych miesięcy nie obudzi swojego duchowego strażnika (co było częścią tradycji ich ludu i miało związek z rytualnymi tatuażami), to też pozbawią go statusu wojownika, a nawet wypędzą z Daigroth. Jak zatem widać, nikt za specjalnie nie chciał popracować nad jego pogarszającą się samooceną i nikt nie szukał przyczyny tego, dlaczego unika lekcji i coraz gorzej radzi sobie w walce. Jedynie Lan, pomimo młodego wieku, nie przestawała Pasha pocieszać, a to doprowadziło do tego, że chłopak faktycznie zdobył czwarte miejsce w turnieju, bo kibicowanie MC tak dobrze na niego wpłynęło. Czyli jednak da się bez przemocy i dręczenia? Da się!
Jakiś czas później sytuacja się zagęszcza i dzieciaki dowiadują się, że czas na front. Niby dwa królestwa na zadupiu, jakaś drobnica, skoczyły sobie do gardeł i trzeba było ich uspokoić. Pash, ze względu na dobre wyniki w szkole, znalazł się więc na czele oddziału piątego, a ja tylko wspomnę, że durniejszego sposobu wyznaczania dowódców, w momencie, gdy liczy się każde życie, nie potrafię sobie wyobrazić. No ale w tej grze o Akademii Wojskowej pojęcia takie jak taktyka i strategia nie istnieją. Gdy już są na polu bitwy, to i tak każdy nawala się z każdym, niczym w Japonii z czasów Edo. Brakuje tylko, by wykrzykiwali przeciwnikom swoje imiona…
Tak czy inaczej, jeszcze przed starciem, Pash opowiada Lan nieco o swoim tatuażu. Tak naprawdę ten znak powinien być „na stałe”, ale jego zanikał, bo młodzieniec nie miał więzi ze swoim duchem. To dlatego musiał go „podmalowywać”, aby nie czuć się „niekompletnym” (jak nazwał go wcześniej własny ojciec), a na życzenie Lan maluje jej nawet własny symbol ochronny, aby przyniósł jej w nadchodzącym boju zwycięstwo.
Dzieciaki miały jednak wyjątkowego pecha, bo twórcy gry przypomnieli sobie nagle (przy trzeciej ścieżce), że Battlefield Waltz miało też być o okrucieństwie wojny. Kiedy Pash widzi okazje do przebicia się przez siły wroga, to okazuje się, że wpadli w pułapkę. (Swoją drogą, każdy dowódca miał pozwolenie, aby działać samodzielnie i niezależnie od innych – kolejny boski pomysł XD). I teraz, moi drodzy i drogie, wyobraźcie sobie, że ci wszyscy elitarni wojownicy i instruktorzy z wybitnej szkoły są w absolutnym szoku, gdy odkrywają, że w pobliskim lasku skrywa się kawaleria. Rozumiem, że oni tam nie słyszeli o czymś takim jak zwiad, kontrwywiad, czy różne typy jednostek. (Pomijam, że Romua biegają zwykle w pełnych zbrojach płytowych z żabim hełmem… chciałabym zobaczyć, jak oni się tak ładują na konia i kryją w lasku brzózek, niezauważeni przez godziny, a potem ruszają w pełnym cwale…). Ale, zaraz, zaraz! Napisałam Romua? Ano tak. Okazuje się bowiem – suprise suprise – że te dwa królestwa, to już dawno zostały przez Złe Imperium podbite i wykorzystano ich tylko jako element zasadzki, by oszukać Nirvanę.
Przez śmiały rozkaz Pasha, by zaatakować niezależnie, jego jednostka znajduje się w trudnym położeniu i bardzo trudno było im dołączyć do reszty, aby ratować się ucieczką. Co więcej Lan ogarnia kompletna panika. Chociaż Wilhelm oferuje jej, że może pomóc na polu bitwy, to dziewczyna nie decyduje się skorzystać z jego mocy, bo tak bardzo przeraziła ją potencjalna konfrontacja z wrogiem. Co dla mnie i tak nie miało sensu, bo ja wiem, że mamy tu magiczne mumble jumble, ale znowu parsknęłam na myśl, że ona sama jedna miałaby powstrzymać stado pędzących koni, pewnie w zbrojach i z obleczonymi stalą jeźdźcami. Jasne, może by i Wilhelm kogoś tam ciachnął, a potem MC umarłaby pod kopytami i żelastwem…
Tak czy inaczej, dzieciaki uciekają i docierają do podejrzanego mostu linowego. Wiadomo, że sytuacja zrobiła się krytyczna i raczej wrogowie nie odpuszczą, gdy są tak blisko szansy zdobycia przeklętego miecza. Dlatego niepomny na wołania uczniów instruktor Leonidas nakazuje dzieciakom przeprawić się na drugą stronę, a potem… podpala konstrukcje. Decyduje się zostać, aby kupić im czas oraz umożliwić ucieczkę, a na dodatek czeka go konfrontacja z Igorem, prawą ręką króla Romuy. Nie muszę mówić, że tego starcia nie przeżywa? Ale jakimś cudem jego przyjaciele i tak błyskawicznie odzyskują potem jego ciało, więc wszyscy uczniowie mogą potem pożegnać nad wyraz surowego, ale jak się okazało, wrażliwego instruktora. No, wszyscy poza Pashem, który jest tak rozbity, że nie chce nawet zostawić na grobie kwiatów.
I to właśnie, drodzy odbiorcy, powód, dlaczego w tej ścieżce jest takie powolne tempo romansu, na co zwracało uwagę część recenzujących. Nie tylko Pash, ale też Lan przechodzą faktyczną żałobę. Zaczynają bowiem zastanawiać się nad wszystkim, co mogli zrobić lepiej, aby uniknąć tej sytuacji. Obwiniają się, płaczą, mają złamane serca… ale podobało mi się, że dalej się nie unikają i nie ukrywają przed sobą emocji. Po prostu faktycznie musieli sobie to wszystko poukładać w głowach, a Lan pewne pocieszenie przyniosło poznanie historii Leonidasa. Okazało się bowiem, że w przeszłości stracił on podwładnego i to dlatego był tak wymagający wobec uczniów. Obiecał sobie, że już nigdy więcej przez to nie przejdzie. A słowa, w pewnym sensie, dotrzymał.
To co dzieje się dalej? Ano dzieciaki potrzebowały otrzeźwienia, a te zapewniają im łowcy niewolników. Zabawnie, nie? Ci ewidentnie rezydujący na stałe w porcie handlarze żywym towarem (o czym mam wrażenie, że wie całe królestwo) pewnego dnia porywają Lan i Pasha, gdy ci są właśnie na wspólnym spacerze. W czym uczniowie Nirvany nie bardzo mogli się wówczas obronić, bo dziewczynie przystawiono ostrze do szyi, a potem zostali skrępowani i wrzuceni na statek. Na szczęście Lan przypomniała sobie, że była dobra w otwierania zamków – tak, tak, oni mają lekcje z rozwalania kłódek w szkole, ale nikt ich nie nauczył rozpoznawania terenu, by przewidzieć, gdzie mogą stacjonować jakie jednostki oraz jak wykorzystać ukształtowanie pola bitwy na swoją przewagę. Może wtedy pomyśleliby o zabraniu ze sobą włóczników do boju? W liczbie większej niż jedna Yuriana? Nieważne. Czas popluć jadem na coś innego…
…ależ to bowiem mamy „śmiechu” przy następnej scenie! Dlaczego? Bo aby się uwolnić, Pash musi pomóc MC wyjąć spinkę z włosów, a że sam ma związane ręce, no to się na nią przewraca i tak się przepraszają, i próbują, i przepraszają, i tak dalej, aż Lan myśli sobie, że jak Pash na niej leży, to w sumie nie ma z tym problemu, choć wydaje się jej, że gdyby był to inny facet, to byłoby to creepne. No, okej, fajno, ale wy macie na to wszystko czas? W każdym razie twórcy wyraźnie chcieli nas rozbawić, a wyszło jak zawsze. Sztucznie, sztywno i z subtelnością, z jaką ja pożeram przelewającą się pizzę.
Gdy wreszcie się uwalniają, to wygodnie dla fabuły, okazuje się, że statek nawet nie wypłynął z portu. Pewnie marynarze zwijali te wszystkie bannery „Do siedziby handlarzy niewolników TĘDY!”. Dlatego trochę im zeszło. Dodatkowo, jak dowiadujemy się później, wszyscy przeciwnicy znajdują się w jednym miejscu. Wystarczyło więc ich tylko skopać, a podczas tej walki… nigdy Pash i Lan nie czuli się lepiej. Odzyskują wiarę w to, że razem mogą odnosić zwycięstwa, buzuje w nich nadzieja i adrenalina, są gotowi pogodzić się z poprzednimi porażkami i pomścić godnie ukochanego instruktora. Uświadamiają sobie bowiem, że sytuacja z handlarzami wcale ich nie złamała, ale przypomniała, dlaczego w pierwszej kolejności zostali wojownikami.
Wcześniej jednak, tak jak w każdej innej opowieści, czeka nas wycieczka na festiwal z zapalaniem latarni w mieście i Pash wreszcie decyduje się wyznać Lan miłość. Trochę się naczekaliśmy nie? Mnie jednak nawet odpowiadało to powolne tempo, bo pasowało do innego stylu narracji, jaki pojawił się w przypadku tej pary. Tak naprawdę bowiem, jakby nie patrzeć, to oni zakochali się w sobie bardzo wcześniej, a potem cały czas, bez przerwy, wspierali i pocieszali, rozmawiali i ćwiczyli, uzupełniali własne wady i uczyli się swoich charakterów… Mieli więc całkiem solidny development. Zdecydowanie lepszy niż inne pary.
W dobrym zakończeniu Pash prosi o szansę zrehabilitowania się za poprzednie błędy. Uzgadnia z nauczycielami i dowódcami, że osobiście spróbuje przedrzeć się przez szeregi wroga i zaatakować króla Rozeona z Romua, gdyby ten pojawił się na polu bitwy. Nirvana znowu bowiem musiała ruszyć na front. Młodzieniec zaś wierzył, że jest to winny Leonidasowi. Co, jak zapewne się domyślacie, uda mu się i Pash osiągnie spektakularne zwycięstwo. Nie tylko zostaje bohaterem, który powalił tyrana, ale także budzi swojego duchowego strażnika, więc udowodnia wszystkim z Daigroth, że jest godny ich dziedzictwa.
Mnie jednak znacznie bardziej podobało się to, że w tym zakończeniu również MC dostała swoje 5 minut chwały. Poprzednio uciekała z podkulonym ogonem, ale teraz osobiście (choć, oczywiście, Wilhelm wspierał ją magią) stawiła czoło Igorowi, czyli mordercy Leonidasa. Jego również udało się bohaterom pokonać i chociaż Lan smuciła się, że musi pożegnać Wilhelma, bo magiczny miecz stracił później całą swoją moc, to jednak udowodniła, że także zasługuje na miano wojowniczki. (No i Wilhelm chyba był zadowolony z takiego końca).
Tymczasem, w samym dalszym życiu bohaterów, niewiele się zmienia. Dalej są parą, a nawet powiedziałabym, że stali się nierozerwalnymi towarzyszami broni, przyjaciółmi i pewnie w przyszłości kochankami. Jeszcze przed bitwą Pash zrobił na ciele Lan nowy rysunek, tym razem oznaczający, że chce ją pojąć za żonę (co łaskawie przetłumaczyła dla niej jakiś czas później Ignis), a MC dała mu w nagrodę (na kredyt) pocałunek na szczęście za pokonanie Rozeona (bo wierzyła, że i tak to zrobi, więc po co czekać?). Co więcej, oboje postanowili, że zostaną nawet po ukończeniu szkoły, w Akademii, bo chcieli zostać… instruktorami. Takimi samymi, fajnymi i inspirującymi młodych nauczycielami, jakim jawił się im Leonidas. Żeby także mieć jakiś wpływ na to, by dzieciaki nie umierały bezsensu na polu bitwy. Co było naprawdę fajną odmianą i dość klimatycznym endingiem po tych wszystkich koronacjach…
W smutnym zakończeniu Lan albo ginie z ręki Igora, bo jednak nie była w stanie pokonać tak silnego przeciwnika albo Pash opuszcza Akademie i znowu ucieka, bo nie wierzy, że kiedykolwiek zdoła pogodzić się z żałobą, obudzić ducha, oraz odzyskać szacunek Daigroth.
Ogólnie jednak poza tymi absolutnymi głupotami na polu bitwy, które wywoływały u mnie coraz silniejsze migreny, jak można w ogóle napisać taki chłam i włożyć w to zero wysiłku przy takim budżecie i rozmiarze studia, to ścieżka nawet mi się podobała. Wreszcie twórcy przypomnieli sobie, że zabawa w Akademie Wojskową powinna wiązać się z jakimiś konsekwencjami. Że z czegoś biorą się depresje, PTSD, dezercje, czy żałoby. Że ludzie, którzy są świadkami czegoś tak bezsensownego i okrutnego (bo powiedzmy sobie szczerze, że nawet wojownicy Romua po prostu robili to, co Razeon im kazał, a też zapewne woleliby siedzieć w domu) nie wracają potem bez blizn. Co więcej, niektóre rany nigdy się nie boją. Niestety, Battlefield Waltz jedynie liznęło tej tematyki i może dobrze, bo nie wierzę, że udałoby się im przedstawić cokolwiek głębszego. Myślę, że ten poziom naiwności, jaki widzimy w ścieżce Pasha, to i tak ich maksimum możliwości i w przeciwnym wypadku byłoby tylko gorzej.
Stąd trafił nam się wreszcie sympatyczny bohater, który przeszedł prawdziwą przemianę, wydoroślał, zmądrzał i stał się naprawdę fajnym partnerem. Również MC nie jest tutaj taka bierna, pasywna i niema, ale potrafi znaleźć dla siebie w fabule jakieś sensowne miejsce. Aż wreszcie, co nie zdarzało się często, nawet postacie dalszego planu, jak Leonidas, miały tu w końcu okazje pokazać się z nowej, lepszej strony. Wyobrażam sobie, że niektórych może męczyć brak tradycyjnego romansu, ale dla mnie relacje przedstawione w ten sposób, były wystarczające. Przynajmniej nie musiałam patrzeć, jak przez pół ścieżki nasza protagonistka jest absolutnie sparaliżowana i onieśmielona zalotami love interest…
A gdybym naprawdę miała się czegoś jeszcze przyczepić, to jednak trochę rozczarowała mnie scena z pocałunkiem. Mogła być ładniejsza bez tego całego burczenia w brzuchu, „eee, zastanowię się”, a potem uznania, „no dobra, jedźmy z tym, nim jutro umrzemy…”. Przypuszczam jednak, że chodziło dalej o ukazanie pewnej niezręczności w relacjach nastolatków. Co odbyło się jednak rykoszetem na romantyzmie.
Summa summarum, jedna z nielicznych ścieżek, dla których w ogóle warto zainteresować się tym tytułem.
