Uwaga: w grze pojawia się motyw samobójstwa, chorób psychicznych, stalkingu, różnych form przemocy, okultyzmu i napastowania seksualnego.
Gdybym miała ocenić, który ze wszystkich love interest miał najlepszą dynamikę z naszą bohaterką i po prostu najbardziej do niej, czy to wiekiem, czy doświadczeniem, czy statusem, pasował, to pewnie bez wahania wymieniłabym Koyo. Chłopak jest jedną z dwóch opcji romansowych, które możemy wyhaczyć w obrębie opowieści legend miejskich. Poznaje się też z Misą, czyli naszą MC, zasadniczo na samym początku fabuły, bo to on znajduje ją po wypadku z samochodem, opiekuje się nią i czeka, aż dziewczyna dojdzie do siebie, a potem wprowadza ją – powolutku, choć z odrobiną nacisku – w zasady funkcjonowania świata „po drugiej stronie”.
Choć początkowo Koyo wydaje się MC trochę nieprzyjemny – nie pyta jej o zdanie, po prostu mówi jej, co ma robić (np. że ma się z nim spotkać określonego dnia o narzuconej porze), to dziewczyna szybko odkrywa, że tak naprawdę jest to swego rodzaju poza. Wiecie, panowie w tym wieku tak mają. Tak naprawdę bowiem Koyo był osobą o łagodnej naturze i złotym serduszku. Dlatego tak często się rumienił i skrywał swoje zakłopotanie za materiałową maską, którą po części nosił dla stylu, a po części właśnie, aby się schować.
Zresztą dowodem tego o jak pozytywnym bohaterze mówimy, jest to, że Koyo całą swoją egzystencję jako duch poświęcił pomaganiu innym zmarłym. Gdy Misa mu w trakcie takich misji towarzyszy, odkrywa, że legenda o „Merry Mary” wcale nie jest tak przerażająca, jak opowiadano jej za życia. Tak naprawdę Koyo – jako Merry Mary – dzwonił do różnych osób, aby przekazywać im wiadomości od zmarłych krewnych, a nie by kogokolwiek skrzywdzić. Tym sposobem powstrzymał m.in. matkę, która utraciła syna, przed samobójstwem, bo chłopiec przekonał swoją rodzicielkę, że chce, aby ta żyła. Co więcej, pomógł także samej Misie, która miała problem z Sayaką – przyjaciółką ze szkoły. Dziewczyna bowiem wierzyła, że to przez jej głupie zabawy w rzucanie klątw Misa została potrącona przez samochód i znalazła się w tak krytycznym stanie.
Tego, o czym bowiem jeszcze nie wspomniałam, a czego dowiadujemy się wraz z postępem fabuły, to informacja, że Misa wcale nie umarła. Jest „żyjącym duchem”, a tak naprawdę to znajduje się w stanie śpiączki, w szpitalu. Jest więc dla niej szansa powrotu do rodziny i do wszystkiego, co kochała. A całkiem możliwe, że to strach przed przymusem podjęcia decyzji na temat dalszej edukacji, był tym, co powstrzymywał ją przed przebudzeniem. Misa panicznie bała się konfrontacji z matką i wyjaśnienia jej, że nie chce iść na studia medyczne. Dzięki Koyo udało się jej jednak chociaż skontaktować z Sayaką, uspokoić ją, poprosić przyjaciółkę, by na nią cierpliwie czekała, a to wszystko zaowocowało jej ogromnym ociepleniem relacji z chłopakiem.
O ile jednak Koyo chętnie wspierał innych, np. dużą część tej ścieżki razem z Misą próbują opiekować się Seną, kolejnym z przyjaciół z dzieciństwa, o tyle chłopak niechętnie mówił o własnych problemach. Ba! Nigdy się nie żalił, nie prosił o pomoc, jakieś informacje na temat jego przeszłości trzeba było z niego wręcz siłą wyciągać, albo dowiadywać się czegoś od osób trzecich. Co dla MC nie było zbyt fair układem, bo na tym etapie czuła, że także chciałaby się jakoś odwdzięczyć. No i szczerze polubiła Koyo. Podobał się jej fizycznie, mieli podobne ideały, dobrze się im razem rozmawiało… A skoro bohater uciekał przed przeszłością, to jego demony musiały się same w pewnym momencie uzewnętrznić i dać o sobie znać.
Stąd przyznam szczerze, że gdy pierwszy raz zobaczyłam dość kolorowo ubraną Reikę, byłam na 100% pewna, że to jakaś szurnięta fanka Seny. W końcu to on był znanym idolem i wciąż dużo osób nie pogodziło się z jego nagłym odejściem. Nie podejrzewałam jednak, że ta pojawiająca się od czasu do czasu i grożąca naszej MC stalkerka była tak naprawdę powiązana z Koyo. A tak dokładniej, to go zabiła. Na dodatek w bardzo skomplikowanych okolicznościach. Chłopak pałał więc do niej nienawiścią i najczystszą żądzą zemsty.
W skrócie to Koyo prowadził video bloga na tematy związane z grami i okultyzmem. Miał on bowiem niewielkie moce parapsychiczne i od dziecka widywał więcej niż inni. Jego działalność początkowo nie cieszyła się wielką popularnością, ale z czasem zaczął dostawać coraz więcej wsparcia – zwłaszcza od dziewczyny imieniem Reika, która zawsze pisała mu coś miłego. Nie trzeba było jednak wiele, aby ta relacja z ciepłej i serdecznej, opartej na okazjonalnym wysyłaniu prezentów, zmieniła się w coś toksycznego. Reika zaczęła prześladować Koyo. Nachodzić go. Być zazdrosna. Domagać się, by odwzajemniał jej uczucia, a gdy pewnego razu, przerażony jej wizytą Koyo chciał wezwać policję, dziewczyna wpadła w szał. Podpaliła mu mieszkanie i raniła go nożem, tłumacząc, że nie ma większego dowodu oddania, niż popełnienie morderstwa. Zwłaszcza że potem sama również odebrała sobie życie.
Kiedy więc Reika ucieka z piekła i zaczyna prześladować Koyo także w świecie żywych, ten jest zdeterminowany, aby unicestwić ją na dobre. (Brrr… to się nazywa dopiero okrutny los. Nie być wolnym od swojego prześladowcy nawet po śmierci!). Zostaje jednak powstrzymany przez Misę, która tłumaczy mu, że to przecież nie byłby „prawdziwy on”. Że jest ponad to. Że po zemście będzie tylko cierpiał i namawia go, aby odpuścił. W efekcie wściekła i owładnięta szaleństwem Reika rani Misę w szyję, a potem zaczyna się drugi, dość dziwny rozdział wspólnej przygody protagonistów, który dla mnie był absolutną zapchaj dziurą.
Czemu? Bo bohaterowie udają się do piekła, aby szukać pomocy u Seiyi. Głównie z powodu złego stanu MC, bo Misa nie może mówić, a jej ciało zostało uszkodzone. Dlatego Koyo się o wszystko obwinia, ale nie za bardzo ma czas pogrążyć się w żalu, gdyż okazuje się, że protagonistka ma własnego stalkera… Tak, w piekle jej sny zaczyna nawiedzać pewien dziwaczny stwór, który żywi do naszej dziewczyneczki bardzo intensywne uczucia. Nienawiść połączoną z obsesją. Mnie zaś cholernie to męczyło, bo wiele z wydarzeń dzieje się tu na zasadzie deus ex machina. Dla przykładu Misa postanawia – pomimo wszystkich otrzymanych ostrzeżeń, by tego nie robiła – że SAMA pogada z demonem. Wpada więc na Minamiego, ten chce ją porwać itd. Nie wiadomo jednak po jaką cholerę tak ryzykowała i dlaczego nikogo o swoich zamiarach nie uprzedziła.
Co jednak ważniejsze, to młodzi wyznają sobie też w końcu uczucie. Koyo jest poruszony tym, co Misa dla niego do tej pory zrobiła, a MC nie chce, by jej ukochany dalej zmagał się z tym ciężarem sam. Postanawiają zatem, gdy wrócą do świata żywych, raz na zawsze uporać się z problemem, jaki stanowiła Reika, zwłaszcza że odkrywają… że Koyo także leży w śpiączce. Na dodatek w tym samym szpitalu, co nasza bohaterka. Jak to możliwe? Bo po ataku Reiki wcale nie umarł, ale także funkcjonował jako „żyjący duch”. Co stanowiło podwaliny pod nieczęsto doświadczany w tej grze 100% happy ending. W końcu, gdyby udało im się wybudzić, to mogliby przenieść swój romans na fizyczną płaszczyznę. (Jak on przetrwał pożar i dźgnięcie nożem – pojęcia nie mam, ale takie cuda się czasem zdarzają, więc jakoś to kupuję…).
A tymczasem bohaterowie wymieniają pierwszy pocałunek, a dokładniej to Misa skrada buziaka Koyo. Niestety, chociaż zadowolony, to chłopak puentuje sytuacje najmniej romantycznymi słowami, jakie mogły paść, bo obwieszcza, że wrócą do tego później, gdy będzie miał mniej zmartwień na głowie. Brawo, scenarzyści, po raz kolejny udało wam się zarznąć jakąś scenę. Bardzo by mnie to podbudowało, więc współczuje MC… tyle że ona żadnych przemyśleń na ten temat nie ma, bo ogólnie, gdy dochodzi do czułości, scenarzyści zwykle zapominają opisać jej perspektywę.
No to co tam mamy dalej? Ano bohaterowie faktycznie wychodzą z piekła i Koyo udaje się na konfrontacje z Reiką. Pamiętacie, jak Koyo zapewniał, że teraz będzie postępował inaczej? To już mu przeszło. Odrzuca pomoc najbliższych, więc Sena i Misa postanawiają go potajemnie śledzić. (Za mało stalkerów mamy już w tej grze…). W czym, w zależności od naszych wyborów, albo to MC, albo Senie przypadnie rola celu, który przyjmie na siebie cios rozwścieczonej do granic możliwości Reiki. Na dodatek Misa w końcu odzyska także głos, bo przecież jej rany nie były fizyczne. Potrzebowała więc tylko trochę czasu, aby szyja się zagoiła. W każdym razie, bez względu na to, jak konflikt zostaje rozwiązany, to stalkerka trafia znowu do piekła, a Sena prosi przyjaciela, by nazwał swoje pierwsze dziecko jego imieniem. (Ja naprawdę nie rozumiem, czemu to był taki problem dla Seiyi i innych funkcjonariuszy, aby pochwycić zbiega, skoro ona praktycznie cały czas pałętała się w tej samej okolicy i nachodziła te same osoby, ale ta gra jest naszpikowana takimi idiotyzmami… Jakby bowiem się tak zastanowić, skoro oni wszyscy wiedzieli, że Koyo idzie na spotkanie z Reiką, to czemu pracownicy piekła także się tam od razu nie pojawili? Czemu czekali, aż ktoś znowu oberwie?).
W dobrym zakończeniu: bohaterowie wracają do świata żywych i – chociaż w różnych okolicznościach – to zostają razem. W jedynym złym endingu, jeśli Koyo nie porzuci swojej zemsty, to tak naprawdę skrzywdzi Misę, a nie Reikę, będzie miał więc krew niewinnej osoby na rękach. Zupełnie jak protagonistka go ostrzegała. W jeszcze innym, wciąż będąc duchem, Koyo prosi Seiyę, by ten przyjął go na ucznia, bo chce w przyszłości zostać kimś takim jak on. Pomagać zmarłym i prowadzić ich do samego końca. Czuje bowiem, że to dla niego najlepsza droga.
PODSUMOWANIE:
Koyo jest dość lubiany przez fandom i zasadniczo rozumiałam czemu, bo to jeden z tych słodszych rodzajów tsundere. Jasne, trochę się czasami rzucał, ale nigdy nie obrażał bohaterki, nie traktował z góry i jego pyszałkowatość wynikała po prostu z młodzieńczego braku doświadczenia, a nie z charakteru. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że do wielu wydarzeń w tej ścieżce w ogóle by nie doszło albo dałoby się rozwiązać znacznie szybciej i bez ofiar, gdyby bohaterowie po prostu ze sobą porozmawiali.
Podobał mi się także finał konfrontacji z Reiką, ten, w którym wyszło, że tak naprawdę nie znała ona prawdziwego imienia Koyo, bo dla niej był on tylko popularnym streamerem – Yozorą. Kimś, kogo sama wykreowała i po części stworzyła. Ciekawie więc było obserwować jej załamanie, gdy uświadomiła sobie, że postąpiła dokładnie tak samo, jak rodzice, których nienawidziła, a którzy także mieli ją nie za córkę, a jedynie produkt swoich ambicji. Można więc zrozumieć, z czego wynikało jej zaburzenie. A chyba nawet jej trochę współczuć. Co nie oznacza, że w jakimkolwiek stopniu ją usprawiedliwiłam. Paradoksalnie jej problem, chociaż na inną skalę, był bardzo podobny do tego, z którym borykała się Misa. Reika nie miała jednak po swojej stronie opiekuńczego boga, który by ją prowadził.
Na plus zaliczam również, w jaki sposób przedstawiono tutaj postać Seny. Jako bohater drugiego planu, przyjaciel Koyo i głos rozsądku, gdy sytuacja tego wymagała, podobał mi się o wiele bardziej niż we własnej ścieżce. Może po prostu on nie spełniał oczekiwań, jakie mam wobec kreacji love interest? Tutaj jednak jedno wymiarowość i prostota jego osobowości aż tak nie raziła w oczy.
Wciąż nie da się nie zauważyć, że to odkrycie, iż Koyo żyje, chociaż zapewnił nam pozytywny finał, wydało się fabularną, leniwą drogą na skróty. Pojawiło się nagle. Nic na to nie wskazywało i sprawiało wrażenie, jakby scenarzyści wpadli na ten plot twist w ostatnim momencie. Co ogólnie prowadzi mnie do wniosku, że wszystkie wydarzenia w piekle były bardzo na siłę. Np. nie mam pojęcia, po jaką cholerę rozwijano tu wątek Minamiego, skoro ma on własną ścieżkę, nic nowego w jego temacie nie dodano, a głównym antagonistą opowieści była przecież Reika. Nie potrzebowaliśmy więc nowych wyzwań i jedynie nam przez to część opowieści przefillerowano. Mimo wszystko, o dziwo, pomimo powyższych, to jedna z lepszych ścieżek w tej grze, co tylko pokazuje, że poprzeczka nie znajduje się specjalnie wysoko.