You have 3 weeks to get a date for Monster Prom! Go through absurd and funny situations, raise your stats and seduce one of your classmates. Beautiful art, bold, unapologetic dialogue and hard choices make up this Multiplayer (1-4 players) Dating Sim. Be your worst self. (źródło: Steam)
- Tytuł: Monster Prom + Monster Prom: Second Term (DLC)
- Developer: Beautiful Glitch
- Wydawca: Those Awesome Guys
- Pełen dźwięk: angielski (jedynie niektóre kwestie)
- Napisy: angielski, chiński
- Rozszerzenia i powiązane tytuły: Monster Camp
Recenzja
Podobno każda potwora znajdzie swojego amatora. „Monster Prom” to jedna z dziwniejszych gier, jakie miałam okazje w tym roku testować, bo to taki symulator randkowania w stylu „party” – czyli gier przeznaczonych dla większej ilości osób na niezbyt poważną imprezę. Co nie oznacza, że gracze preferujący tryb solo nie będą mieli w tej produkcji niczego do szukania. Nim jednak wdam się w szczegóły, pogadajmy chwilę o samym settingu, bo już pomysł na uniwersum zasługuje na szczególną uwagę.
W skrócie: jesteśmy potworem, chodzącym do liceum Spooky High, gdzie edukują się inne, podobne nam monstra. Naszym zadaniem jest oczarowanie i zaproszenie na bal maturalny (tytułowy „prom”) jednego z najpopularniejszych dzieciaków w szkole. W podstawowej wersji mamy do wyboru 6 kandydatów, a w rozszerzonej – czyli z DLC Monster Prom: Second Term – już 8. Zabawę zaczynami więc zasadniczo od wybrania trybu „multi” lub „solo” oraz długości rozgrywki. Gra podzielona jest na tury, czyli tak naprawdę weekendy, w trakcie których, jak to już w typowym dating sim bywa, budujemy nasze statystyki i odwiedzamy różne miejsca na potwornym kampusie. Skrócona wersja zabawy to ok. 30 minut rozrywki, a pełna – 1 godzina. Ma to spore znaczenie, bo zasadniczo w „Monster Prom” nie istnieje możliwość zapisania stanu gry, jeśli więc z góry wiecie, że nie starczy Wam czasu na pełen kurs, to lepiej wybrać łatwiejszą, szybszą opcję. Różni się ona nie tylko mniejszą ilością tur, ale też niższymi wymaganiami, które trzeba spełnić, by ostatniego dnia nasza wybranka lub wybranek odpowiedzieli „tak!”, gdy przyjdziemy do nich z zaproszeniem.
No to co? Zaczynamy zabawę? Na początek wybieramy naszego awatarka, czyli jedną z czterech dostępnych postaci: Oza, Amirę Rashid, Briana Yu lub Vicky Schmidt. Ale tak naprawdę jest to pewne uproszczenie, bo możemy sami określić ich płeć. Czy będą traktowani jako „she”, „he” a może „they”? Potem przechodzimy krótki teścik z absurdalnymi pytaniami, które da nam początkowe staty i już możemy skupić się na celu podboju… Jak wspominałam, do wyboru mamy zasadniczo aż osiem postaci:
Scott Howl (21) to wilkołak i chyba najpozytywniejszy gościu z całej paczki. W sensie zachowuje się jak taki poczciwy, ogromny psiak, który uwielbia słyszeć, że jest „dobrym chłopcem!”. Poza tym kocha sport, cheerleading i zawsze wspiera swoich przyjaciół. Jak można odgadnąć po archetypie szkolnego osiłka, nie jest przy tym zbyt bystry, ale według opisu nadrabia sercem.
Miranda Vanderbilt (19) to piękna, elegancka i zabójcza księżniczka syren. Posiada na własność cały Internet i lubi przypominać innym, że są tylko wieśniakami. Ma też zestaw sztućców na każdą okazję. Nie lubi „Gry o tron”, bo jako fanka systemu feudalnego i tyrani czuje się nieswojo, oglądając rewolucje czy spiski przeciw władzy.
Liam de Lioncourt (4XX) to wampir i hipster. Ma na Instagramie 6 obserwujących, bo 7 to byłby już mainstream. Większość czasu w stołówce spędza na robieniu zdjęć jedzeniu, które wrzuca na swoje social media. Jest też całkiem inteligentny, ale narcystyczny, głęboko wierzy w swoje doskonałe zrozumienie sztuki i talent. Nawet w sytuacji zagrożenia ataku łowców wampirów odmawia przetransformowania się i ucieczki, bo byłoby to zbyt cliché.
Polly Geist (22?) to w skrócie imprezujący duch. Dziewczyna kocha sex, narkotyki i alkohol, bo… cóż, to nie tak, że znowu umrze! Poza tym – z jakiegoś powodu – lubi rosyjską literaturę. W sumie to bardzo pogodna, skłonna do zabawy postać, która za pomoc w żartach ze strony MC odwdzięcza się usługami cielesnymi np. w szkolnej toalecie.
Damien LaVey (21) to demon, który kocha zniszczenie i sianie terroru, stąd zainteresowany MC powie mu/jej, aby „poszedł do piekła!”… ej, poważnie, on tam mieszka, więc to w sumie zaproszenie do domu. Poza tym jest okrutny, bezwzględny, a jakiś intergalaktyczny, tęczowy książę wciąż próbuje go namówić na zamieszkanie na swojej planecie, gdzie mogliby mordować innych i organizować orgię.
Vera Oberlin (23) to wyrachowana gorgona ze smykałką do interesów. W zasadzie liczy się dla niej tylko bogactwo – nieważne czym handluje. Jeśli MC będzie jej pomagać, to nie raz zostanie otruty/a, ale zyska też uznanie w oczach okrutnej potworzycy. Ogólnie nie lubi ludzi, w tym tych „wulgarnych, głupich, brzydkich i biednych”, a sama siebie uważa za „feministkę” i poucza inne dziewczyny na temat ich praw.
Zoe (???) – tylko DLC – to istota z innego wymiaru. Jak taki Przedwieczny Cthulhu. Jej prawdziwa postać przypomina przerażającą masę macek, oczu, zębów i języków. Przez wiele eonów wierzyła, że jej przeznaczeniem jest doprowadzenie do zniszczenia świata i rozerwanie rzeczywistości na strzępy. A potem trafiła do liceum. Zoe lubi fandomy, fanfiki, a jej ulubiona para to „Naruto x Garfield”.
Calculester Hewlett-Packard (v1.0) – tylko DLC – to komputer biblioteczny, który stał się świadomym robotem. Calculester ceni życie, swoich przyjaciół i rośliny. Nie lubi spamu, roborasizmu (rasizmu skierowanego przeciwko robotom) i rzeczy, których nie postrzega jako miłych. Będzie też przeważnie serdecznie nastawiony do MC, zwłaszcza jeśli ten/ta pomogą mu przepędzić natrętów, szukających w jego funkcjach „przycisku zagłady”.
Cóż, jak widzicie, do wyboru do koloru, trafiła nam się prawdziwa menażeria. Postaci mają przy tym swoje gusta, więc musimy uważać, jakie cechy rozwijamy, aby się im przypodobać. (Nie jest to znowu tak oczywiste). Do wyboru mamy 6 statystyk: urok, odwaga, zabawa, bogactwo, wiedza i kreatywność. W czym podczas eventów w pomieszczeniach – takich jak sala gimnastyczna, sala wykładowa, toaleta itd., – na podstawie wybranych odpowiedzi, zdajemy różne testy i albo nasze cechy się poprawią, albo spadną. Musimy też zdobyć odpowiednią ilość „serduszek”, czyli wybrać dialogi, które zgadzają się z tokiem myślenia naszego wybranka/wybranki, aby w ogóle rozważył nas na swojej liście potencjalnych randek. A nie jest to wcale takie łatwe, bo przedstawione sytuacje są… absurdalne.
Powiem Wam szczerze, nie sądzę, że poczucie humoru z „Monster Prom” trafi do wszystkich. Twórcy nie wahali się bowiem sięgać po tematy delikatne, jak religia, erotyczne (np. preferencje seksualne czy fetysze), polityczne, popkulturę czy obrzydliwe (np. w sklepiku możemy kupić użyty tampon poprzedniej Królowej Balu). Na dodatek nasi milusińscy to przecież potwory. Są okrutni, zdziczali i morderstwo to dla nich chleb powszedni, a rozmowy, jakie z nimi toczymy na szkolnych korytarzach, mogą wywoływać albo rozbawienie, albo szok po zniesmaczenie. Zależy od prywatnego poziomu wrażliwości. Wiecie, to taka trochę konwencja jak w „South Parku”. Czasami jest w tym jakieś fajniejsze, drugi dno, a czasami dostajemy po prostu humor klozetowy.
A chociaż „Monster Prom” to gra, którą spokojnie można przechodzić samodzielnie, to jednak na dłuższą metę myślę, że taka rozgrywka szybko może pojedynczych odbiorców znużyć. Tak naprawdę ta produkcja lśni właśnie w trybie multiplayer, bo wtedy możemy rywalizować ze znajomymi o danego wybranka, podkładać im „świnie”, a i jeszcze bawić się dobrze podczas pytań, które mają na celu ustalenie kolejności, kto zacznie jako pierwszy wykonywać swoje akcje w rundzie. Np. narrator prosi Was, byście wszyscy wybrali jakąś grę video, a potem musicie wspólnie zdecydować, na podstawie której z tych odpowiedzi powstałby najgorszy musical. Zwycięzca, oczywiście, będzie mógł jako pierwszy wykonać akcje w turze i np. zająć najfajniejsze lokacje. Albo każdy musi wybrać coś, co kojarzy mu się ze „złem”, a wygrywa ten, którego odpowiedź najprawdopodobniej przyczyniłaby się do zagłady ludzkości itd. Sami widzicie zatem, że takie dyskusje mogą generować masę śmiechu i po prostu czynią rozrywkę ciekawszą.
Jeśli jednak zdecydujecie się na tryb solo, to nie tak, że nie będziecie mieli co robić. Gra ma ok. 50 zakończeń, w tym kilka na postać oraz sekretne endingi, gdzie ogólnie olewamy popularną grupę i koniec końców idziemy na bal z jakąś ciekawą postacią poboczną. Mnie jednak najbardziej rozwaliło zakończenie, w którym dostałam kosza od wszystkich, poznałam jakiegoś randoma i w epilogu przeczytałam, że bohaterowie zakochali się w sobie i wzięli ślub. Niestety, po wielu latach, wyszło na jaw, że moja MC była na imprezie maturalnej sama. Jej partner uznał, że to strasznie obciachowe i nie chce być już dłużej z kimś, kto miał takie nudne życie towarzyskie w liceum. To doprowadziło w konsekwencji do rozwodu, więc… ten… akcja pewnie nie raz Was zaskoczy!
Od strony wizualnej „Monster Prom” ma kolorową, ładną, nieco komiksową stylistykę. Aż żałowałam, że tyle obrazków, które widzimy w galerii, tak naprawdę się marnuje, bo nie zostaną pokazane w trakcie gameplaya. Zwłaszcza że na ich podstawie widać jak ekscytujące i ciekawe życie mają nasi ulubieni uczniowie. Za miły dodatek uważam również dodanie do oficjalnej galerii fanartów, bo jednak zawsze sympatycznie zobaczyć cudze inspiracje. Szczególnie młodych ludzi. Muzycznie „Monster Prom” nie zapadło mi w pamięci i ciężko również oceniać stronę aktorską. Bohaterowie wypowiadają tylko kilka kwestii, zwykle z silnym, amerykańskim akcentem. Możemy sobie więc na ich postawie lepiej „wyobrazić” koncepcję postaci, ale nic poza tym.
Jeśli chodzi o konkretne minusy, to trafiły mi się drobne błędy np. po odblokowaniu sekretnego zakończenia nie zawsze obrazki z endingu pojawiały się w galerii – chociaż powinny. Myślę też sobie, że ta tematyka „18+” również może zniechęcić niektórych graczy, bo – tak jak wspominałam – mamy tu do czynienia z raczej specyficznym poczuciem humoru. Czasami dość rubasznym. A chociaż twórcy reklamują swój produkt jako przyjazny wszystkim płciom, to jednak rozbierane ilustracje trafiają się tylko paniom. Jasne, wciąż są w pewnym stopniu ocenzurowane np. przez jakąś leżącą na wysokości krocza czaszkę czy koszyk owoców, ale jak już chcemy być sprawiedliwi, to bądźmy sprawiedliwi i pokazujmy nagość zarówno męskich, jak i żeńskich bohaterów. Sami rozumiecie.
Ogólnie nie mam oporów z poleceniem tej gry, ale raczej kupujcie ją, jeśli chcecie, od razu z DLC, bo dostaniecie wtedy na starcie więcej eventów i postaci. Samodzielnie przechodziłam ją kilkukrotnie i raz w grupie. Odblokowałam więc całkiem sporo zakończeń i bawiłam się dobrze. To fajna opcja na imprezy – jeśli macie odpowiednią ekipę. Zwłaszcza że można grać na tym samym sprzęcie i przekazywać sobie tablet co turę. A i rywalizacja o względy celu bywa czasem brutalna. Widać to zwłaszcza podczas etapów, gdy zamiast wybierania budynków, gdzie rozwijamy staty, musimy zająć krzesło przy cudzym stoliku w trakcie lunchu w stołówce. Zdarza się, że wybrankowie obu graczy jedzą aktualnie razem (ich ustawienie jest czysto losowe i pokazuje inne eventy), a tylko jedna osoba może się do nich dosiąść. Jeśli więc zostaliśmy wykopani z kolejki, to stracimy szansę na cenne serduszko. A co się z tym wiąże, to rośnie prawdopodobieństwo dostania kosza w scenie z zaproszeniem.
No to co? Macie już kreację na imprezę? W końcu dla młodego człowieka to najważniejsze, towarzyskie wydarzenie! Nie dajcie się stłamsić innym uczniom i zawalczcie o koronę. A najlepiej u boku jakiegoś popularnego dzieciaka. Przecież nie o faktyczną zabawę tutaj chodzi, ale o to, by inni kisili się z zazdrości. Ale jeśli z jakiegoś powodu Wam się nie uda, to głowa do góry. Zawsze można zostać w domu i czytać ten erotyczny fanfic o życiu smoków, który kupiliście w szkolnym sklepiku. Przynajmniej nie zmarnowaliście kasy na sukienkę czy garnitur.






