Zwykle, gdy jakiś love interest zainteresuje mnie projektem, to okazuje się, że jego ścieżka dostępna jest pod koniec gry… Tym razem jednak twórcy byli dla mnie łaskawi i Alfred Creswell był postacią, od której sugeruje się rozpoczęcie przygody z Mistonia’s Hope -The Lost Delight-. Co więcej, nie przepadam za archetypem „dojrzałego ojczulka/starszego brata” grupy, bo zwykle ogranicza się to w grach otome do tego, że typ ledwo przekroczył trzydziestkę i biadoli, że już czas wybierać trumnę… spisać testament… albo w sumie wyznaczyć, kto spłaci zaległe kredyty. Na szczęście w tym wypadku Alfred naprawdę był idealnym przykładem kogoś, kim nie kierują już huśtawki hormonalne. Był spokojny, pragmatyczny, uważny i skupiony na swoich celach. W zasadzie stanowił połączenie dwóch postaci, które uwielbiam Hijikaty z Hakuoki i Kuuso-no-Mikoto ze Scarlet Fate: Fragments of the Past. Dlatego trochę ponarzekam, byście nie zapomnieli, że w moich żyłach płynie tylko żółć, ale ogólnie było zaskakująco dobrze!
No to zaczynamy! Bez zbędnego przeciągania, nasza MC udaje zwykłą służkę – Rose, aby odnaleźć szlachciców odpowiedzialnych za zamordowanie jej rodziny. Rzeź miała miejsce 8 lat przed obecną fabułą, a Alfred jest jednym z podejrzanych, bo należy do rodu Creswell. Miał też dostatecznie dużo lat, by sądzić, że był już w stanie sam wypełniać rozkazy, a nie być tylko zagubionym we mgle dzieckiem.
Warto wspomnieć przy tym, że Creswellowie wywodzili się od sprigganów. Czego? Cieszę się, że zapytaliście! A nawet jeśli Was nie obchodzi, to i tak Wam powiem, bo jak stali czytelnicy tego bloga wiedzą, mam obsesje na punkcie mitologii oraz folkloru. Także spriggan, to nic innego jak stwór z opowieści kornwalijskich, który był czymś w rodzaju groteskowego starca pilnującego ruin. Były obrzydliwe, niekształtny i złośliwe. Klasyfikowane jako olbrzymy, choć tak naprawdę częściej ukazywane jako karły. Wspomina o nich między innymi Robert Hunt w Popular Romances of the West of England (można poczytać za darmo TUTAJ), ale… nie będzie to miało najmniejszego znaczenia dla tej ścieżki, bo autorzy poszli w absolutne licentia poetica.
A skoro już się naekscytowałam, to powracam do streszczenia. Ogólnie Alfred i Rose mają podobne charaktery: są zdystansowani, pozbawieni emocji i skupieni na swoich misjach – dlatego nie wchodzą sobie w common route zbytnio w drogę. Jasne, czasami coś tam pogadają, ale trzymają się zasad „ja szlachta, ty klasa robotnicza, może nas łączyć tylko uprzejmość” – i żadnemu z nich to nie przeszkadza, bo nie w głowie im szukanie przyjaciół, romansów, czy ogólnej radości z życia. Zabawnie podsumowała to ich jedna z pierwszych interakcji: Rose została bowiem zaproszona na bal u królowej, więc musi nauczyć się tańczyć. Kiedy chłopaki wprost rwą się, by z nią praktykować, tak Alfred nie odmawia, ale ma głównie porady techniczne, np. że młoda dama powinna się częściej uśmiechać, tyle że… on sam też wygląda na absolutnie pozbawionego entuzjazmu, co MC ripostuje w myślach. Są więc jak dwa roboty na parkiecie XD.
Scenarzyści długo jednak nie bawią się w tajemnicę i szybko ujawniają, że Alfred ma też kilka słabości. Pierwszą z nich jest palenie, za co zostaje przez Rose zrugany, bo Lily, jej pracodawczyni, ma słabe zdrowie, więc nie wypada fajczyć, jak się jest u kogoś w domu, w gościnie. A facet bynajmniej nie ma jej tego za złe, bo pochwala takie oddanie swoim dobroczyńcom, no i imponuje mu odwaga dziewczyny, że w ogóle się nie przejmowała, by upomnieć kogoś wyższego stanem. Drugą słabością naszego love boya są z kolei… rewolucyjne zapędy.
Konkretniej to pewnego dnia, podczas wypadu na miasto, Rose odkrywa jakąś podejrzaną parę gadającą o organizacji Raven. Ponieważ interesuje się wszystkim i wszystkimi, którzy mogą zaszkodzić królowej, to podąża ich śladem… ale zostaje przyłapana. W czym dla naszej MC to nie problem, bo potrafi walczyć i nawet skutecznie się broni, póki nie powstrzymuje jej Alfred. Co tam robił? W jakimś brudnym zaułku? W towarzystwie marginesu społecznego? Ano planował obalenie władzy i zamordowanie albo odesłanie królowej do Tír na nÓg. A skoro Rose go już w tak niezręcznych okolicznościach przyłapała, to proponuje jej współpracę, na zasadzie „wróg mojego wroga”… i MC w to wchodzi, ale moim zdaniem nie wykazuje się zbytnio sprytem.
Dlaczego? Bo ujawnia, że jest poszukiwaną i jedyną ocalałą z masakry Aprose E. Randolph. Odpowiada też na wszystkie pytania… a w zamian dostaje nic. Alfred dosłownie, po wyjściu z szoku, najpierw ją przepytuje, a gdy już dowiaduje się wszystkiego, czego chciał, to mówi jej, że teraz nie ma czasu, pogadają potem i sayonara, więc gdyby chciał ją wtedy wydać królowej czy Wardom, to bardziej podstawić się mu już nie mogła… Wybaczę jednak naszej dziewuszce, bo zdobyła moje serce i CG, na którym dyga i szyderczo przedstawia się Alfredowi, było boskie. Rekompensowało mi więc idiotyczność tej sceny. Ale tłumaczę sobie, że może Rose była tak podrajana perspektywa zaskoczenia Alfreda, że cała jej ostrożność poszła się kochać i jeszcze nie wróciła. O ile więc grafik zaserwował nam naprawdę ładną ilustrację, o tyle scenarzystka sprawił, że Rose mogła sporo stracić w oczach odbiorców…
Od tej pory parka faktycznie pracuje razem i stają się idealnymi konspiratorami. Rose donosi Alfredowi o wszystkim, co planują jej pracodawcy — Bernsteinowie, a on wtajemnicza ją w misje Ravenów. Przy okazji dziewczyna dowiaduje się, że czarnowłosy bish miał powody, aby odwlekać ich szczerą pogawędkę, bo faktycznie był jedną z osób odpowiedzialnych za zamordowanie jej rodziny. Dokładniej to 8 lat temu, z rozkazu królowej, Alfred użył swojej magii, aby uwięzić wszystkich mieszkańców włości należących do rodziny Randolph i ich spalić… W sensie, on zrobił klatkę, ogień podłożył kto inny, ale finalny efekt osiągnięto wspólnie. Tłumaczył się przy tym, że nie mógł postąpić inaczej, bo wówczas jego ród został zgładzony, a poza tym w tamtych czasach był jeszcze inną osobą i nie do końca potrafił uwierzyć, że decyzje królowej są złe. Było to więc skomplikowane. (W czym potrafię w to uwierzyć, bo jak ja myślę o osobie, którą byłam 8+ lat temu, to też się nie rozpoznaję… I chyba tak ma większość z nas).
Facet nie zamierzał jednak migać się od odpowiedzialności i kiedy wściekła Rose przykłada mu nóż do szyi, Alfred prosi, by po prostu poczekała. Jasne, bał się śmierci, ale godził się dobrowolnie paść ofiarą jej zemsty, bo wierzył, że zasłużył na karę. Wcześniej jednak chciał zapewnić mieszkańcom Albionu bezpieczeństwo i naprawić to, co królowa zepsuła. Co więcej, Alfred mówi, że cieszy się, iż Rose przeżyła. Może mu nie wierzyć, ale odkrycie prawdy przyniosło mu ulgę. Masakra sprzed lat ciążyła mu bowiem na sumieniu, nawet jeśli jego przeprosin nie miały żadnego znaczenia.
A skoro tak się sprawy mają, MC zgadza się przesunąć egzekucje w czasie. Nic nie traciła na tym, by pomóc rewolucjonistom i upewnić się, że królowa faktycznie znajdzie się w jej zasięgu w trakcie powstania. Młodzi zaczynają więc coraz częściej współpracować, rozmawiać, spiskować i wymieniać się kąśliwościami. W sensie Alfred był bardzo miły, ale Rose obrażała go przy każdej okazji, co szalenie mi się podobało, bo rzadko gramy bohaterką, która jest tak pyskata. Mimowolnie jednak, pracując nad obaleniem monarchii, dziewczyna zauważa, że Alfred jest inną osobą, niż początkowo podejrzewała. On naprawdę szczerze dbał o najuboższych, gardził systemem klasowych, chciał pomóc innym nie tylko wyjść z nędzy, ale dać przysłowiową wędkę, by mogli przetrwać w trudnych warunkach. Planował zresztą dużo dalej, co zrobić, jak ich królestwo nie będzie miało ochrony czysto krwistej fae i jak wówczas zapewnić ojczyźnie bezpieczeństwo – także po swojej śmierci.
Co zasadniczo prowadzi nas do kolejnej, urocze sceny, gdy Rose pomaga Alfredowi spisać tajemną wiedzę jego rodu na temat magicznego rzemiosła. Dziewczyna jest wówczas dość snarky i skupiona na swoim zadaniu, ale mężczyzna zerka na nią ukradkiem, onieśmielony i po raz kolejny zauroczony jej urodą, odwagą i inteligencją. Zresztą mam wrażenie, że go bardzo szybko ugodziła strzała amora, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jego sama obecność jest dla Rose trudna do zniesienia, więc nie pozwalał sobie na żadne poufałości. Co też bardzo mi się podobało, bo to był to przejaw szacunku dla jej cierpienia.
Dni upływają, rewolucjoniści zbliżają się do momentu kluczowego, ale wtedy ich kryjówka zostaje jakimś cudem zlokalizowana. Do siedziby Raven wpadają tropiciele Wardów i zastają tam Rose, Alfreda i Leonarda (sierotę, która pełniła funkcję informatora i której szlachcic zapewnił wsparcie). Nie wiedząc, jak wybrnąć z tej sytuacji, MC decyduje się na szaloną i ryzykowną próbę. Używa swojej magii, aby zmienić wspomnienia przeciwników i namieszać im w głowach. To ponownie sprawia, że Alfred ma dosłownie serduszka w oczach, bo dziewczyna uratowała im zadki. Gdyby tak szybko nie zareagowała, gdyby nie naraziła siebie, gdyby nie jej pomysłowość… całe to długofalowe planowanie wzięłoby w łeb, a on zostałby stracony jako zdrajca.
Zresztą, także w posiadłości Bernsteinów, gdzie parka widuje się od czasu do czasu, ich relacje na linii gość pana domu i służka zaczynają się komplikować. Do tego stopnia, że postronni posądzają ich o skandaliczny romans. Rose niewiele sobie jednak z takich plotek robi i zachowuje swoją zimną osobowość. Co nie oznacza, że nie opiekuje się Alfredem w pewien przewrotny, charakterystyczny dla siebie sposób, np. kiedy facet odmawia pójścia spać, bo ma jeszcze dużo pracy, a dosłownie pada z wyczerpania, to kobieta się z nim nie ceregieli. Sprawnym ciosem karate w kark pozbawia go przytomności, a potem sama spisuje wszystkie potrzebne dokumenty, bo jednak robotę trzeba było wykonać XD. No dosłownie tym razem, to ja się zakochałam. Tylko że w naszej bohaterce! Powiedzcie mi, która MC by tak zrobiła? Nawet Chizuru czy Shiki przyniosłyby swoim partnerom, co najwyżej kocyk i herbatkę w ramach wsparcia.
Niemniej to wszystko prowadzi do tego, że lodowe serduszko Rose musi się zmierzyć z pierwszymi promieniami wiosny. Zauważa, że mimowolnie… zaczęła doceniać Alfreda. Imponował jej, miał przyjemną aparycję, fajnie pachniał fajkami (to jej słowa, a nie moje), zrobił wiele dobrego dla Leonardo czy Charlotte… (Załatwił dziewczynie pracę, bo była szykanowana przez inne fae). No i szczerze go polubiła. Do tego stopnia, że gdy usłyszała o jego zaręczynach z Lilly Bernstein, to ją to zabolało, a wręcz stała się zazdrosna. Naturalnie, Alfred widział jej wzburzenie, ale nie do końca je rozumiał, no i nie pozwalał sobie na żartowanie z tego. Zresztą on był zdania, że jest gotowy poświęcić wszystko i wszystkich, by osiągnąć swój cel, więc korzystny ślub był mu na rękę. Mniejsza o własne uczucia.
Tym sposobem docieramy jednak do punktu kulminacyjnego. Rewolucjoniści planują swój atak podczas eventu (konferencji) organizowanego przez wszystkie pięć dużych, szlacheckich domów, o czym informują… poprzez rozrzucenie ulotek po mieście. Poważnie? I po to była ta konspiracja, by na koniec każdy głupi mógł przeczytać o ich planie, znajdując go w skrzynce obok ulotek z przecenami w Żabce? Dlaczego scenarzyści zawsze mi to robią? XD W każdym razie Rose i Alfred spotykają się w przeddzień ataku, aby omówić jeszcze raz szczegóły i chyba by się pożegnać, ale spanikowana dziewczyna przytula się wtedy do gościa i chociaż sama nie wie, czy zwariowała, czy o co jej chodzi, to prosi, by tak chwili pozostali. Potem jednak nie daje się już zatrzymać i MC ucieka, mając kompletny mętlik w głowie i w sercu.
Do ataku na królową, czyli Tię, faktycznie dochodzi. Poprzez ładunki wybuchowe rewolucjonistom udaje się odwrócić uwagę ochrony, a sami przedzierają się do pałacu. W czym nasi protagoniści wiedzą, że walka nie będzie prosta, bo mieli przed sobą potężną nieśmiertelną i szaloną istotę. Królowa fae ma w zasadzie wylane na Alfreda. Obchodzi ją tylko Rose, którą nazywa jakimś tam dziwnym imieniem i próbuje złapać, ale nasza parka była na to przygotowana. Alfred unieruchamia władczynie swoim zaklęciem, które pozwalało mu tworzyć bariery, a Rose przebija wówczas jego ciało specjalnym mieczem i sięga także zaskoczoną Tię. Dlaczego tak dramatycznie? Bo inaczej w życiu nie udałoby się im trafić tak potężnego wroga. No i wcześniej potrzebowali broni specjalne na fea, czyli zrobionej ze srebra i żelaza, ale tą akurat ogarnął Creswell.
Zraniona Tia nie jest w stanie dłużej walczyć, więc Oberon wykorzystuje okazje, bierze ukochaną w ramiona i siłą zabiera do Tír na nÓg, co kończy ich przygodę w świecie śmiertelników. Tymczasem Rose, która uświadomiła sobie, że kocha Alfreda, nie zamierza mu dać tak po prostu od siebie odejść. Jasne, przebiła mu klatkę piersiową, ale podobno nie trafiła w punkty witalne (może demi-fae są w środku puste, nie wiem XD) i po jakiejś tam rekonwalescencji, facet odzyskuje przytomność i wraca do siebie. Okazuje się, że w czasie, gdy on sobie smacznie spał, Raveni dokonywali już zmian, zgodnie z planem. Obalono monarchie, wprowadzono parlament, przygotowywano się na najazd wrogów spoza Albionu…
Alfred był więc dalej potrzebny, by to wszystko nadzorować i właśnie taki warunek postawiła mu Rose. Jego życie należało do niej i póki będzie opiekował się ich nacją, póty jego kara zostaje odroczona. Ah, no i przy okazji, całuje go z zaskoczenia, aby dać dowód tego, że zmieniły się jej intencje, co też szalenie mi się podobało, że w tej ścieżce tylko MC inicjuje kontakt fizyczny. Alfred doskonale wiedział, że jakiekolwiek awanse romantyczne z jego strony, byłby dla niej wstrętne i nie na miejscu, ale chętnie przyjmował każdy objaw czułości, jaki mu oferowała.
W smutnym zakończeniu: akcja wygląda bardzo podobnie, z tym że Rose decyduje się skazać Alfreda na cierpienie w ramach swojej zemsty. Najpierw zabija pozostałych szlachciców, już po pokonaniu królowej, a potem oddaje się w ręce sprawiedliwości, by mężczyzna musiał oglądać jej egzekucje. Dlaczego? Bo uznała, że skoro sam chciał się jej dać zabić, gdy konfrontowali się z Tią, to tak naprawdę nigdy nie kochał jej na tyle, by była dla niego ważniejsza od misji. A skoro tak, to sama również wybierze zemstę, a nie życie i miłość.
W kolejnym bad endingu, skupionym na rywalu, Rose uznaje, że jednak nie jest w stanie skrzywdzić Alfreda i zamiast tego poświęci się dla niego, bo chciała, by zadbał o mieszkańców Albionu. No i ponieważ go kochała. Postanawia więc współpracować bliżej z Lucasem, który i tak już sporo podejrzewał i wiele odkrył na temat ich konspiracji, a to prowadzi do tego, że Rose zdradza Oberona, kradnie moc z jego skrzydeł, pozwala królowej Tii niby przejąć swoje ciało, ale potem dominuje ją swoim umysłem i razem z Johnem i Lucasem odchodzi do Tír na nÓg. Alfred co prawda próbował ją powstrzymać, ale mając magie pełnokrwistego fae, Rose rozwala jego bariery bez problemu i znika. A co na to nasz love boy? Bynajmniej się nie poddaje. Chce dokończyć swoją misję w Albionie, a potem znaleźć sposób, aby iść w jej ślady…
Przechodząc do podsumowania, to naprawdę fajna ścieżka! Już dawno brakowało mi opowieści od Otomate, która by mnie tak wciągnęła i w której dynamika pary jawiłaby mi się jako coś świeżego. Bawiło mnie to, jak inne od tego, do czego przyzwyczaił mnie ten gatunek gier, były ich podchody. Jak Rose gasiła wszystkie nieśmiałe komplementy Alfreda jednym, jadowitym tekstem, albo jak sobie z niego otwarcie szydziła i przypominała mu, że jest już chodzącym trupem, bo obiecał jej, że da się zabić. A mimo to… mimo to kupowałam to, jak ich uczucia się zmieniły. To, dlaczego się w sobie zakochali, i jak Alfred grzecznie, wpatrzony w swoją lubą, dalej pozwalał jej obrzucać błotem. Przypominali mi stare małżeństwo, gdzie mamy głośną i dominującą żoneczkę oraz absolutnie zauroczonego nią, potulnego męża, w czym pomimo potencjalnych zgrzytów, to ten związek działa idealnie przez lata.
Rozumiem też, dlaczego ten romans toczył się tak powoli i dlaczego był bardziej subtelny. W końcu historia skupiła się na dążeniu do zemsty, więc nie zapomniano o konflikcie Rose i o tym, że dla niej zakochanie się we wrogu oznaczało po części zdradę rodziny. Nic zatem dziwnego, że trapiła się, co Randolphowie by o tym wszystkim myśleli? Nie potrafiła jednak zrezygnować znowu ze szczęścia.
Również Alfred był dość… hm… hm… specyficzny. Nie miał głowy do flirtowania i nigdy nie obchodziły go kobiety. Świetnie udowadnia to scena, w której na pytanie Leonardo, czy dał kiedyś ukochanej prezent, Alfred odpala, że przecież tak, srebrny miecz.. do zabicia Tii. Ale taki „świecący” – naciska dziecko. „Przecież się świecił”. Genialny dialog i to taki, który rozłożył mnie na łopatki. W czym to nie tak, że facet nie potrafił być romantyczny… w swoim pragmatyzmie. Ochraniając Rose przed magią królowej, jeszcze w trakcie walki, potrafił się cieszyć z tego, że jest wysoki (co u sprigganów oznaczało niby zanikanie magii), bo dzięki temu robił za lepszą tarczę.
Nie zmienia to faktu, że nawet w tej udanej ścieżce trafiły się fabularne koszmarki. Chyba najdziwniejszym dla mnie było to, że nikt z rewolucjonistów nie rozpoznawał Alfreda i reszta spiskowców myślała, że to jakiś randomowy szlachcic. Poważnie, było to bardzo naciągane. Przecież jego ludzie szpiegowali inne rody i chcecie mi powiedzieć, że nie wiedzieli, jak wygląda lider Creswellów? No, litości scenarzyści…
Mam też już alergię na postacie typu Leonardo, czyli biedne sierotki, które z uwielbieniem patrzą na kogoś w rodzaju Alfreda… Ten schemat jest już tak wytarty, że wychodzi mi bokiem. Mam wrażenie, że w grach Otomate to jest dosłownie ciągle te sama osoba, tylko się reinkarnuje do różnych uniwersum… I jej sytuacja ciągle wygląda źle, więc chyba nie odrabia pracy domowej i utknęła w tym samym punkcie karmicznej przemiany XD.
W każdym razie, poza małymi głupotkami, o których wspomniałam, to była bardzo udana przygoda. Na tyle smakowita, by rozbudzić apetyt na więcej! Alfred spokojnie wbiłby na listę moich ulubionych love interest, a jeśli kiedyś powstanie fandisk, to po jego historię na pewno sięgnę. Chociażby po to, by sprawdzić, czy zrobił dla Rose ten zaręczynowy, magiczny pierścionek… czy dalej uważają, że planowanie budżetu na przyszły rok i nanoszenie poprawek do ustaw, to najlepszy sposób na spędzenie randki.
