A girl loses everything, all in one day. Her village, and even worse—her father… In their place, she acquires a new power. When she takes up a sword to protect herself and her loved ones, she discovers that it is „cursed” and holds immense power. Having obtained something that could shake the very foundations of the nation, the girl has no choice but to live on the battlefield. (…) (źródło: oficjalna strona)
- Tytuł: Battlefield Waltz
- Oryginalny tytuł: 戦場の円舞曲 (Senjou no Waltz)
- Data wydania: JP: 2014-11-20 / EN: 2025-04-08
- Developer: Otomate
- Wydawca: Idea Factory Co., Ltd.
- Pełen dźwięk: japoński (Switch)
- Napisy: angielski
- Rozszerzenia i powiązane tytuły: –
Linki
- Walkthrough: Battlefield Waltz
- Official Site
- Ending: „Tatta Hitotsu no Mahou” (bless4)
- Opening: „Unmei no Waltz” (AKINO)
Bohaterowie
Główna postać:
![]() | Lan Dziewczyna, która z jakiegoś powodu została wybrana przez przeklęty miecz. Dołącza do Akademii po masakrze rodzinnej wioski. |
Ścieżki/Love Interest:
![]() | Abel Najsilniejszy z uczniów, który ma opinie zimnego i aroganckiego. Tak naprawdę po prostu nie radzi sobie w interakcjach społecznych. <<RECENZJA>> |
![]() | Lustin Drugi książe . Twierdzi, że jego jedynym celem są kobiety i zabawa. Ma reputacje najsilniejszego po Abelu. <<RECENZJA>> |
![]() ![]() | Pash Wesoły bratanek króla Daigroth. Z jakiegoś powodu zaczął unikać lekcji i ma coraz gorsze wyniki w Akademii. Uwielbia jedzenie. <<RECENZJA>> |
![]() | Nike Najsłabszy uczeń w Akademii, który trafił przez do medyków. Spokojny i uważny. Ma niesamowitą wiedzę o ziołach i często chodzi samotnie do lasu. <<RECENZJA>> |
![]() ![]() | Tifalet Ulubieniec kobiet i potężny mag. Znudzony długowiecznością zniecierpliwością wypatruje końca egzystencji. Prowadzi własny sklep. <<RECENZJA>> |
![]() | Wilhelm Tajemniczy i porywczy. Nosi takie samo imię, jak istota zamieszkująca przeklęty miecz. <<RECENZJA>> |
Ocena ścieżek: (*♡∀♡) Pash ⊳ Lustin ⊳ Nike ⊳ Wilhelm ⊳ Abel ⊳ Tifalet (ᗒᗣᗕ)՞
Recenzja
Już dawno żadna gra otome tak bardzo mi nie uświadomiła, że ten gatunek jest domyślnie przeznaczony dla bardzo młodziutkich kobiet. Poważnie, przechodząc Battlefield Waltz przypominały mi się moje opowiadania, pisane do szuflady albo na potrzeby kółka literackiego, które wydawały mi się wtedy szalenie głębokie i gotowe do nominacji do pisarskiego Nobla. Mogę jednak utyskiwać, mogę teraz stękać, rzucać gromami, ale nie zmienię prawdy, że tak, otome – chociaż zmienia się to mocno na przestrzeni lat – to produkt skierowany docelowo do młodszych pań. Warto więc mieć to na uwadze, przechodząc do dalszej części tegoż tekstu. Zwłaszcza gdy będę przywalać się naiwności fabuły, bo z czegoś przecież taka konstrukcja scenariusza i sposób ukazania problematyki wynika.
No to o co w Battlefield Waltz chodzi? Już Wam tłumaczę. Widzicie tą mapkę?

Super! To na zachód od środkowej, przerywanej linii są „ci dobrzy”, na prawo „ci źli”. Dobrzy chcą pokoju i równowagi na świecie. Wiadomo. Źli to podłe imperium. Wyzyskują swoich mieszkańców i dążą do dominacji. Dlatego pacyfiści (z Zachodu) powołali do istnienia Akademię Wojskową – Nirvanę, gdzie szkolą się najsilniejsi z najlepszych (chociaż głównie to dobrze urodzeni), by potem – w wieku kilkunastu lub 20+ lat – być generałami na polu bitw w ramach „misji pokojowych”. (Co przypominało mi bardziej harcerskie biwaki niż pole walki, ale spoko).
A z kim walczą? Głównie z tymi złymi i wrzuconymi do jednego wora „rebeliantami”. Bo oczywiście na Zachodzie istnieją takie fantasy/średniowiecze/magiczne monarchie, gdzie wszyscy są szczęśliwi, a ich władcy są sprawiedliwi i mądrzy. Mimo to, co jakiś czas, ktoś z chłopstwa ma z tym problem. Nie bardzo wiadomo więc, po co tu się w ogóle buntować? No ale bez tego dzieciaki nie miałyby na kim testować swoich super, uber, hiper zdolności… w imię pokoju, pamiętajcie. Dlatego rebelianci byli potrzebni. W końcu po to szkoli się ogromne armię, by potem jej – jak nie trzeba! – nie używać. (Zabawne, że to właśnie w Japonii, gdzie problem braku roboty dla bushi był tak dotkliwy i gdzie współcześnie istnieje wojsko podobny twór, scenarzyści wprowadzili równie absurdalny motyw…).
Ale tyle o świecie przedstawionym. Czas opisać naszą MC. Lan, bo tak domyślnie nazywa się główna protagonistka, żyje sobie właśnie w takiej idyllicznej wiosce z papą i mamą, aż pewnego dnia otrzymuje standardowy życiorys statystycznej, najpopularniejszej postaci z sesji RPG. Tak, dochodzi do masakry jej rodzinnej osady. Najeźdźcy zabijają jej ojca, a by uratować mamuśkę, Lan przypadkowo przywołuje z pobliskiej, zapomnianej świątyni magiczny miecz. Tylko że jest on przeklęty i teraz wszyscy mają problem. Nie można bowiem pozwolić, by tak niekontrolowany i tajemniczy artefakt znajdował się bez nadzoru w rękach nastolatki. Dlatego Lan dołącza do Nirvany, by rzekomo instruktorzy z Akademii mogli ją tam obserwować, ale tak naprawdę… dostajemy typowy romans szkolny, a Lan robi co chce, i w zasadzie co chwila wpada w łapy wrogów albo się na coś naraża. Nikogo bowiem uczenie dziewczyny i tak nie obchodzi i jest traktowana jak każda inna licealistka.
W czym wczucie się w sytuacje Lan było dla mnie bardzo trudne. Nie dlatego, że jest źle napisana. Wręcz przeciwnie. Jest aż za wiarygodnie napisanym… dzieckiem. Tak, dzieckiem, bo ona ma chyba z 16 lat i dlatego ciągle za wszystko przeprasza, dziękuję, jest wiecznie zakłopotana, nie wie, co odpowiadać na pytania, ani jak się zachować… Wiecie, pewnie wiele z nas właśnie takimi osobami w tym wieku było. Nieśmiałymi, wycofanymi i spłoszonymi jak króliczki na autostradzie. Zwłaszcza w otoczeniu panów, bo kobietom wbijano do głów – szczególnie mojego pokolenia, niczym Sansie Stark – że „uprzejmość jest zbroją damy” i lepiej być zbyt grzecznym niż – brońcie bogowie! – niemiłym. Sama się tak zachowywałam, nim z wiekiem krew wypełnił mi jad i cynizm, a Lan to wręcz personifikacja tegoż podejścia. Na co drugą kwestie dialogową odpowiada „przepraszam”, co wytykają jej nawet love inteterest. (Chyba Abel to najlepiej podsumował, gdy zauważył, że ciągłe wypowiadanie tych samych słów sprawia, że tracą one na znaczeniu. A jeśli już król antyspołecznych typów mówi ci, że masz problemy z komunikacją, to chyba o czymś to świadczy XD). Dlaczego trzeba się na takie podejście MC przygotować mentalnie… Więcej, jeśli kojarzycie Hyuga Hinatę z „Naruto”, to powiedziałabym, że to idealny przykład jakiego typu postacią jest Lan. W sensie, jak już naprawdę musi, to będzie walczyć i wszyscy z jej „przyjaciół” są w jakimś stopniu wojownikami, więc przemoc nie jest jej obca, ale ona sama chętniej gotowałaby ryż na zapleczu niż brała udział na naparzankach.
Btw. dlaczego nie dano nam portretu MC z boku okna dialogowego? Toż aż się o niego prosiło! Tymczasem możemy zobaczyć Lan jedynie na niektórych CG i nawet, jako jedna z niewielu postaci (w tym pobocznych!), nie dostała swojego alternatywnego stroju specjalnie na bitwę… Widziałam go bodaj tylko na jednym obrazku, więc praktycznie zapomniałam, że ona ma jakąś zbroję.
Okej, tyle o Lan. Czas powiedzieć coś o love interest. Tych jest zasadniczo 6. Trzech możemy wybrać od samego początku, a do odblokowania drugiej połówki menu, musimy najpierw spełnić konkretne warunki.
Zacznijmy więc od domyślnego składu: Abel to najlepszy z uczniów, zimny, zdystansowany i mrukliwy. Nie jest złą osobą, ale nie radzi sobie z interakcjami społecznymi. No i początkowo uważa Lan za słabą i bezużyteczną. A jeśli kogoś Wam po tym opisie przypomina, zwłaszcza z przywołanego już przeze mnie uniwersum „Naruto” to tak, macie racje. Drugim z panów na naszej liście jest Lustin, który zgrywa bawidamka, ale tak naprawdę ma do oferowania znacznie więcej niż tanie teksty na podryw i ładną twarz. Jest też najprawdziwszym księciem, a do Akademii dołączył, bo jako drugi w kolejce do tronu, i tak nie miał na swoją przyszłość pomysłu. Trzeci kandydat nazywa się Pash. Ten chłopak pochodzi z nacji wojowników – Daigaroth i w zasadzie wojaczka jest dla niego równie naturalna jak oddychanie. Niestety coś gryzie naszego love boya i w wyniku tego oceny Pasha w Akademii stały się kiepskie. Stracił zaangażowanie, pasje do nauki. Ciągle popada w konflikty z instruktorami lub ojcem, a to do nas – a właściwie Lan – będzie należało odkrycie tegoż przyczyny.
I to tyle jeśli chodzi o opcje „podstawowe”. Przejdźmy teraz do tych bardziej „zaawansowanych”. Jako czwarty czeka bowiem na nas Nike, który jest medykiem… czyli w tym świecie pacyfistów porażką, bo oni uważali taką służbę za plamę na karierze. Mnie nie pytajcie. W każdym razie Nike to miły, faktycznie stroniący od przemocy i cichy chłopak, który ma jednak swoje własne błędy przeszłości do wyprostowania. To gdzie tam jesteśmy? Numer 5? Tak, wychodzimy na moment z Akademii, aby poderwać na mieście Tifaleta, czyli niebosko potężnego, przystojnego i mądrego maga, który jest przy tym kawalerem i sojusznikiem MC. Lan musiałaby więc naprawdę być już zrobiona ze słomy, aby zmarnować taką okazję. Nie powiem jednak, by scenarzyści mnie jednak samą historią zauroczyli. Wreszcie, nasz poczet bishów zamyka Wilhem. Kto taki? Ano… – uwaga SPOILER! – nas prywatny, przeklęty miecz, a właściwie jego mieszkaniec. W końcu ktoś przecież odpowiedział na nasze wezwanie o pomoc, a martwe artefakty, jak nie mają duszy, nie są zbyt responsywne. W czym podejrzewam, że z założenia to właśnie jego ścieżka ma być tą kanoniczną, bo przed jej odblokowaniem czeka nas ukończenie wszystkich poprzedzających wątków. Kurtyna w dół! Prezentacja zakończona.
Chciałam więc teraz przeskoczyć do ważniejszej kwestii i poruszyć temat szowinizmu, który w tej grze pojawia się często i gęsto. Twórcy bardzo chcieli pokazać, że świat przedstawiony nie jest miejscem, gdzie kobiety mają łatwo. Panowie często będą lekceważyć ich umiejętności walki, nazywać słabymi, niepotrzebnymi albo molestować (w samym common route mamy dwie próby… wiecie czego). I, naturalnie, nawet mi to nie przeszkadzało, bo trudno rozmawiać o nierówności i feminizmie bez pokazywania przykładów, gdy pewne zachowania są bulwersujące. Mogłabym więc – zwłaszcza jak na Japonię – uznać to za nawet postępowe podejście. Może z Lan nie jest niezależna, waleczna i odważna protagonistka niczym Shanao z „Birushana: Rising Flower of Genpei”, Jed z „Psychedelica of the Ashen Hawk” czy Księżniczka Tamayori z „Scarlet Fate: Fragments of the Past”, ale powiedzmy, że wiedzieliśmy, z czego to wynika i wówczas aż tak to nie przeszkadzało. Przypomnę: jest dzieckiem.
Ba! Jakby tak uczciwie popatrzeć, to nawet nie kojarzę innej gry otome, w której pojawiałoby się aż tyle innych, istotnych postaci kobiecych (na bliższym i dalszym planie): mamy przecież potężną magini i królową Qiorę, generał Ignis, instruktorkę Miah, czy włóczniczkę Yurianę… Co było naprawdę cholernym odświeżeniem, bo zwykle w fabule, poza MC (ewentualnie jedną jej przyjaciółką), panuje istna estrogenowa pustynia… Tutaj zaś aż roiło się od bab, na dodatek wiele z nich miało istotne i szanowane pozycje! Królowa, generał, instruktorka… Ho ho!
…tyle że postanowiono mi to koncertowo spieprzyć designami postaci. Czego tym razem się przywalę? Ano, popatrzcie sobie na ten przykład. Mamy dwóch dowódców w strojach bojowych:


Może niektórym to nie przeszkadza, może to kwestia gustu, i tak, tak, wiem, że ta gra pochodzi z 2014 roku, więc jest już stara jak cholera, ale mam uczulenie na to, by nawet w grach dedykowanych dla bab wprowadzać design rodem z gier na „h” i kończących się na „i”. Poważnie, dlaczego poza MC i jej matką Stellą (bo pewnie „była stara”, no i w przypadku rodzicielki „nie wypada”) wszystkie te panie mają tak idiotyczne stroje? Pomijam, że design ubrań ogólnie jest w Battlefield Waltz koszmarem. Wygląda jakby ktoś użył jakiegoś programu do losowego dodawania elementów garderoby do postaci, nie patrząc na wiek, miejsce i czas, ale tutaj dodatkowo mnie to irytowało w kontekście podjętej „tematyki”. Miało przecież być tak głęboko i z myślą o równym traktowaniu, po czym wróciliśmy do tego co zawsze.
Dlatego o ile same postaci i CG z nimi wyglądają spoko, o tyle projekty broni i fatałaszków (już pomijając nawet te cycki na wierzchu u wszystkich kobiet) wołały dla mnie o pomstę do nieba. Były po prostu niespójne, nieprzemyślane i idiotyczne, np. po cholerę ktoś zakłada fragment pełen zbroi płytowej, montuje pióropusz na ramieniu i biega z odsłoniętym brzuchem? Ja wiem, że to „fantasy”, ale ehhh… Nawet jak na standardy gier otome, gdzie stroje potrafią być dziwne, przecierałam oczy ze zdumienia, jak to wszystko się razem nie klei. (Chociaż jakiej spójności oczekiwać od gry, gdzie pojedynek toczą gościu z rapierem i kataną XD).
Nie jestem też w stanie w żaden sposób obronić licznych koszmarów fabularnych, którymi ta gra jest wręcz naszpikowana. W tym takich, które stoją w sprzeczności z rzekomym postępowym podejściem do ról i płci. Pozwolę więc sobie na kilka przykładów:
Nasza MC ma przeklęty miecz, stanowi zagrożenie dla tego kruchego pokoju na świecie, może sprowadzić chaos i zniszczenie oraz stanowi łatwy cel… więc instruktorzy wysyłają ją na wycieczkę w towarzystwie dwóch innych dzieciaków. Bo czemu nie? Przecież nastolatkowie muszą się wyszaleć! Zaznać przygód! I nie uwierzycie, moi drodzy, prawie za każdym razem, podczas tych wypraw, coś jej grozi, ale nikt nie wyciąga z tego żadnych wniosków.
Chcecie więcej? Nasi bohaterowie (nie wszyscy) pochodzą z takiej fantasy-misz masz-wsi, więc instruktorzy uczą ich, jak zdobywa się jedzenie… gdy nie możesz go kupić w sklepie. Wyobrażacie to sobie, by ktoś, kto wychował się z życia z roli, gospodarstwa i zbieractwa nie wiedział, że jak pada się z głodu, to może sobie borówek w lesie poszukać? Ja to wiedziałam, mając 7 lat i jeżdżąc na wieś jedynie na co któreś wakacje, ale co tam… To, co jeszcze więcej?
Gdy już bohaterowie są w takim nieszczęsnym obozie, to pierwsze co robi nauczyciel, to dzieli grupę na dziewczyny i chłopców, po czym paniom każe sprzątnąć bajzel po kolacji, a panom rozkazuje udać się na patrol i pokręcić po okolicy. Sprawiedliwie prawda? Musieć ogarniać gary i naczynia po kilkunastu osobach? W czym Lan się cieszy, bo i tak wolała gotować niż walczyć. XD Pomijam już, że ten biwak z piankami i kakao miał niby na celu pokazanie im, jak będą wyglądały warunki polowe w armii…
Jest jeszcze mój ulubieniec – Richard. Facet pochodzi ze szlachty i postanowił, że będzie prześladował każdego, kto stanie mu na drodze, bo jest takim typowym, szkolnym dupkiem. Już pierwszego dnia, po przedstawieniu MC reszcie uczniów, instruktorzy wydają ROZKAZ (przypominam, Akademia Wojskowa) dzieciakom, że mają jej pilnować, bo bezpieczeństwo Lan ma najwyższą rangę dla całego królestwa. No to co robi Richard, jego przydupasy i w sumie większość chłopaczków ze szkoły? Wyżywa się na Lan jakieś 5 minut od usłyszenia tego rozkazu, bo „jej nie wierzy”. (Pomijam, że ona ten miecz przyzywała na lewo i prawo przy setkach świadków, więc zaprzeczanie jego istnieniu musiało być silnym wyparciem).
Ale kogo to, co uważasz za prawdę, Richi, obchodzi? Twój dowódca ci kazał. Jakbyś chciał się na tym wyślizgać na szczyt kariery, to powinieneś nie odstępować Lan na krok i przypilnować, by każdy usłyszał, jak się starasz. Tymczasem absolutnie nikt w tej Akademii nie przejawia najmniejszego zainteresowania pilnowaniem naszej MC, poza paczką najbliższych przyjaciół, bo i tak robią za love interest. Jest to więc nie tylko brak instynktu samozachowawczego (po co prowokować kogoś z niebezpiecznym artefaktem?), zawodowej ambicji, czy jak zwał tak zwał, ale skrajna głupota. Ale odpuszczę już Richiemu, bo w tym fanfiku Hogwart potrzebował swojego Draco…
Eh, dobra starczy, bo nie wyszłam nawet z krytykowania common route, a poszczególne ścieżki mają tysiące innych przykładów. Z grubsza widzicie jednak, z czym się tutaj mierzymy.
Dlatego tak, w skrócie, to była jedna z najgorszych gier, w jakie ostatnio grałam. Starałam się pocieszać myślą, że wina tego leży pewnie w moim wieku i w trudnościach z polubieniem Lan, oraz najzwyczajniej w tym, że wolę inną konwencje (mojemu serduchu zawsze będzie bliżej do takiego Hakuoki czy Birushany, które chociaż udają historyczne settingi niż do Battlefield Waltz). Potrafię sobie jednak wyobrazić, że dla części graczy, zwłaszcza tych, którzy nie lubią w otomkach dramy, łez i ciężkim tematów, taka bardziej luzacka narracja może przypaść do gustu. Stąd proszę, abyście wzięli na to poprawkę.
Co ciekawe, pomimo leciwego wieku, gra ma sporo contentu dodatkowego, jest naprawdę długa i naszpikowana postaciami pobocznymi. (Dalej nie mogę przeboleć, że to nie Asaka był opcją romansową. Jak mogliście mi to zrobić?!). Znajdziemy tu galerię CG i BGM, jest sklepik Xiaoleia, gdzie za punkty z zobaczonych zakończeń, będziemy mogli kupować bonusowe historie albo obrazki, jest nawet jakaś mapka po której, od czasu do czasu, w trakcie rozdziałów, będziemy podróżować, by lepiej poznać postaci poboczne i posłuchać, co się dzieje na mieście. Słowem, technicznie, to otomka, o której poziomie wykonania naprawdę nie mogę powiedzieć nic złego. Wręcz taki typowy, solidny produkt od Otomate. Naszpikowany bonusami, których w obecnych czasach już nie uświadczycie.
Nie zmienia to jednak faktu, że nie potrafię podzielić entuzjazmu części z recenzentów, a już zwłaszcza przymknąć oko na to, że bohaterki ukazane są w sposób wywołujący dyskomfort. Bardziej jakbym przechodziła jakiegoś shonena. Zresztą mnie ogólnie męczyło przekonanie, że scenarzystom przydałby się detoks od Naruto, One Piece’a i Bleacha, bo ewidentnie nie potrafili wyjść poza pewne ramy czy inspiracje.
Zaskakuję mnie też masa przychylnych komentarzy na temat „konstrukcji świata”, bo poważnie, to co pokazałam Wam we wstępie tegoż tekstu nie było jakimś kłamstwem czy przerysowanym żartem, ale faktycznym pomysłem twórców na główne uniwersum. Wiało więc na kilometr tandetą, nudą i uproszczeniami. Dlatego nie wiem, jak można zupełnie na poważnie mówić o rozmachu czy jakiejś szczegółowości. Ba! Od razu przychodzi mi na myśl cała seria Kuni no Alice od QuinRose. Można to IP lubić, można nienawidzić, ale nikt nie może odmówić scenarzystom, że wzięli coś, co już w literaturze istniało od dawna i było wałkowane na 1000 sposobów, a i tak zbudowali z tego coś absolutnie nowego, pełnego nierozwiązanych zagadek i interesujących pomysłów – np. takich jak zegarki w ciałach czy powtarzające się role postaci. A tutaj? Heh…
W czym za najdziwniejsze uważałam powtarzające się porównanie Battlefield Waltz do legend arturiańskich, bo poza mieczem-artefaktem (który przecież przewija się też w wierzeniach tysiąca innych kultur) i faktem, że mówimy o fantasy (a to nie tak, że anglosasi mają ten gatunek na wyłączność) nie dopatrzyłam się tam niczego, co miało by ze skazanym na zagładę szlachetnym królem i jego wiernymi (z wyjątkami) rycerzami cokolwiek wspólnego. Toż już prędzej i chyba z czystszym sumieniem, można by ten tytuł porównać do Harrego Pottera, jeśli już chcemy koniecznie literackie referencje. Albo do nieślubnego dziecka twórczości JK Rowling z mangami od Kishimoto.
Okej, konkluzja jest taka, że chciałam Was przestrzec i wydaje mi się, że już wystarczająco to zrobiłam. Chociaż nie, nie, przestroga to za dużo słowo. Nie chodzi przecież o zupełne unikanie, a jedynie o mentalne przygotowanie. Osobiście chciałabym bowiem, by wydawcy nie bali się starszych tytułów, nawet jeśli będę na nie psioczyć. Taki retro styl także potrafi czasami pomóc nam docenić to, co teraz mamy. Jest to też dobra okazja dla Zachodnich graczy, by spojrzeć na cały gatunek z innej strony. Bardziej… archeologicznej? Dlatego nie powiem, abyście bo Battlefield Waltz w ogóle nie sięgali i że to zmarnowane pieniądze. Nope, wręcz przeciwnie. Uważam, że za taką cenę dostaniecie naprawdę zabawę na długie godziny. Nastawcie się tylko odpowiednie jakiego typu będzie to rozrywka i czy na pewno nie stanie się dla Was udręką. Dla mnie niekiedy była. Nie zmieni to jednak faktu, że po kolejne mamuty i tak bym sięgnęła. Co najwyżej będę dziękować w duchu, że te straszne lata już minęły…
Lista płac
Reżyser: –
Artyści/Ilustratorzy: Takemura Yumiko
Scenarzyści: Katagiri Yuma
OST: „Unmei no Waltz” (AKINO), „Tatta Hitotsu no Mahou” (bless4)
Kompozytor: Horie Shouta









