Uwaga: Virche Evermore -Epic Lycoris- to gra skierowana do dorosłych odbiorców i zawiera wiele triggerujących treści: w tym sceny przemocy słownej i fizycznej, szeroko rozumianego gore, odurzania i prania mózgu, samobójstwa, mentalności sekt, i wiele, wiele innych… Poniższa recenzja będzie odnosiła się do różnych, kontrowersyjnych scen z gry, więc proszę mieć na uwadze własny komfort psychiczny i powyższe ostrzeżenia.
Ależ nam nakazano się naczekać na tę ścieżkę! Nie ukrywam, że byłam jedną z tych graczek, które od razu zapałały sympatią do ekscentrycznego „mieszkańca Hadesu” i bardzo żałowałam, że w grze podstawowej przypadła mu jedyne fucha postaci pobocznej, a na koniec obowiązkowej ofiary, by Adolphe’a i Ceres mogli być razem szczęśliwi. Miałam po prostu takie poczucie, że przy tym całym jego poświęceniu i cierpieniu, jego los okazał się niewyobrażalnie okrutny. Scenarzyści postanowili więc odpowiedzieć na oczekiwania fanów i dać Ankou jakąś sprawiedliwość, a tym samym w fandisku znalazło się aż osiem rozdziałów skoncentrowanych na pominiętym wówczas paringu. Ba! Ceres i Ankou wylądowali razem nawet na okładcę.
I co o tym myślę? Znaczy… o ścieżce, nie o ilustracji z pudełka? Zacznę od tego, że nie widzę zbytniego sensu w streszczaniu całości ścieżki, bo bardzo wiele motywów się tu po prostu powtarza. Jedyną zasadniczą różnicą jest to, że Ceres prosi Ankou, aby ten jej nie zostawiał. Nie prowadził ją „z cienia”, ale aby stał u jej boku przez wszystkie wydarzenia. W efekcie Ankou przystaje na tę ofertę i nie chowa się już przed bohaterami, jak to miało miejsce wcześniej. Wiecie, gdy pozwalał Ceres na własną rękę odkrywać prawdę, zawiązywać sojusz z jakimś z pozostałych love interest itd. Stąd – tym razem – bohaterowie przeżywają jeszcze raz te same przygody, które widzieliśmy w grze głównej, np. próbują rozwikłać sprawę znikających prostytutek czy prawdziwej tożsamości Bourreau, ale jako partnerzy. I to było akurat fajne.
Zresztą, początkowo, Ankou dalej po prostu chce obserwować Ceres, aby mieć pewność, że nie popełni ona samobójstwa – np. nie zrzuci się z klifu, gdy siedzą w ukrytej nad morzem kryjówce. Nie od razu nastawia się więc na tryb „działania”. Tymczasem dla dziewczyny staje się po prostu istotne zrozumienie, dlaczego w spojrzeniu obcego widzi względem siebie tyle czułości. Jasne, facet twierdzi, że robi wszystko tylko, dlatego że ma dość ilości pracy, jakiej przysparzają mu mieszkańcy Arpéchéle. A skoro protagoniści każdą chwilę zaczynają spędzać razem, to i nie trudno odgadnąć, że zaczynają czuć wobec siebie miętę. Ba! Ceres nawet ogarnia coś na kształt smutku, gdy myśli sobie, że na Ankou czeka gdzieś tam „Pani Śmierć”, czyli jego ukochana, bo przecież słyszała legendę z ust Yvesa i trudno jej się z nią pogodzić. W końcu jak rywalizować z kimś pięknym, potężnym i nieśmiertelnym? Jakimś tajemniczym bóstwem?
W tej ścieżce pojawia się też jeszcze nowy, dodatkowy wątek, który jest przy okazji niespodzianką wywracającą całą fabułę z podstawki do góry nogami. Chodzi o trzeciego już Driftera. A w zasadzie to Drifterkę. Ceres i Ankou znajdują bowiem pewnego dnia awanturniczkę i poszukiwaczkę przygód, która przydryfowała do brzegów Arpéchéle, podzielając los innych rozbitków. Spinel – bo tak kobieta każe się nazywać – jest nieposkromniona, waleczna, uwielbia alkohol i zabawę, a także zgadza się zostać osobistą strażniczką Ceres. W wyniku osłabienia fizycznego Ankou nie był w stanie bronić MC, a Spinel przyjmuje robotę bodyguarda w zamian za jego biżuterię, która zawierała rzadki, drogocenny kamień. W czym warto nadmienić, że protagoniści bynajmniej na tym układzie źle nie wyszli, bo kobieta była tak utalentowana, że nawet Bourreau wolał schodzić jej z drogi.
Jak jednak wspominałam, większość wydarzeń fabularnych wygląda dokładnie tak samo, jak w grze głównej, z tym że Ankou i Spinel są przy nich teraz obecni. Ten pierwszy zresztą dostał od Ceres nowe ubranie. Rzekomo mniej rzucające się w oczy, ale równie ekscentryczne. No, ale niech będzie, że teraz niby „wtapiał się w tłum”… Kolejno więc odkrywają sekrety wyspy, aż w wyniku różnych akcji deus ex machina trafiają do lochów, bo rodzina królewska chce zrobić z Ceres świętą i przy pomocy Capucina eksperymentować na złapanych postaciach. Przy okazji, siedząc w celi, Ankou poznaje też Dahuta, czyli – z jego perspektywy – kolejną niewiadomą, bo nie pamiętał istnienia zielonowłosego w swojej linii czasowej. A ten szybko okazał się głównym złoczyńcą (dał na wstrzymanie dosłownie kilka minut), przy którym doktorek Capucine to małe piwo… albo kawka?
Zresztą, to od Dahuta Ceres dowiaduje się, że Adolphe’a i Ankou są tak naprawdę jedną osobą, bo porównał ich geny. Zaczął też prowadzić na bohaterach własne, jeszcze bardziej porąbane eksperymenty, a ich skutkiem ubocznym było powstanie mutanta, który staje się praktycznie nieśmiertelny i zagraża całemu Arpéchéle. Na dodatek MC również jest zagrożona, bo jej ciało zostało zmienione w wyniku tortur i nie potrafi już panować nad swoim „kwiatowym” talentem. Potrzebuje zatem serca tego stwora, aby Scien mógł zrobić dla niej lekarstwo. A to oznacza, że bohaterowie muszą połączyć siły i wymyślić jakiś sposób na zgładzenie potwora, nim znowu skoczą sobie do gardeł. I tym razem nawet Capucine pomaga, bo z jakiegoś powodu zaczął się dobrze dogadywać ze Spinel. Mnie nie pytajcie. Jakakolwiek sugestia paringu z tym wariatem wywołuje we mnie jedynie ciary.
W każdym razie okazuje się, że jedynym sposobem na pokonanie mutanta jest pozwolenie, aby kogoś pożarł, a wtedy zastrzelenie go od środka. Dlaczego miało to zadziałać i skąd mieli pewność, że wchłonięta osoba da radę potem cokolwiek zrobić? – nie ma co się nawet zastanawiać, bo na tym etapie opowieść staje się tak absurdalna, że po prostu wypatrywałam z wytęsknieniem końca.
W czym początkowo – w happy endingu – to Ankou planuje się poświęcić, ale zostaje uprzedzony przez Spinel. Ta odsłania swoje kolczyki i wyjaśnia, że tak naprawdę to była siostrą Adolphe’a/Ankou, a jej misją od lat było odnalezienie młodszego rodzeństwa. Skoro więc się jej to udało, to nie zamierzała teraz pozwolić mu zginąć i bierze ciężar misji na siebie. Jeśli więc się zastanawialiście, z jakiego powodu scenarzyści zaserwowali nam nową postać, to już wiecie. Potrzebowali kozła ofiarnego, aby dodać nieco dramatyzmu bez ubijania kogoś z głównej obsady. A czy mnie to poruszyło? W żadnym razie, bo Spinel była postacią tak poboczną, wprowadzoną na szybko i przesadnie pokazywaną jako „fajowa”, że nie potrafiłam się do niej przywiązać i traktować poważnie.
Summa summarum bohaterów czeka jeszcze konfrontacja z szalonym królem, a dokładniej to pojedynek między Dahutem i Ankou, chociaż mnie śmieszy sama koncepcja walki ludzi, z których jeden ma broń palną a drugi białą, by potem – w samiutkim zakończeniu – Ceres, Adolphe’a i Ankou wrócili razem uśmiechnięci do mateczki Salome. Zwycięzcy i cali. A jeśli komuś zielonowłosego w ogóle było żal to Nadii, która nazywa go, już pośmiertnie głupcem.
A co było dalej? Łatwo zgadnąć. Ceres została uratowana przez Sciena dzięki zdobytemu sercu, ale Ankou pozostał nieśmiertelny. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo mimo wszystkich dogodności postanowili być razem. Ten wątek jest zresztą kontynuowany potem w Virche de La Coda –Émotion: Salut. Z upływem lat Ceres otwiera własny sierociniec, a Ankou pracuje jako ktoś w rodzaju wędrownego historyka… opowiadacza? W czym dziewczynę martwi mocno, co się stanie z jej ukochanym, gdy jej już zabraknie, ale Ankou zapewnia, że jest teraz szczęśliwy i – dzięki wspomnieniom tych radosnych chwila – da radę pokonać w przyszłości żałobę.
Przy okazji rozwiewa także inne z wątpliwości naszej bohaterki. Odkąd Ceres odkryła prawdę o podróżach w czasie, nie może pozbyć się nieprzyjemnego odczucia, że tak naprawdę jest tylko marną namiastką, kopią dziewczyny, którą Ankou kiedyś kochał. Jakby bowiem nie patrzeć, to tamta MC popełniła samobójstwo. Nie można więc traktować ich jak jednej osoby. Ale zarówno Ankou, jak i jej przyjaciele, Yves czy Hugo, zapewniają Ceres, że te całe alternatywne światy są tak wielką niewiadomą, że nie powinna sobie zawracać tym głowy. Ostatecznie liczy się dla nich tylko tu i teraz, a Ankou ją przecież szczerze kochał. Jakie więc miało znaczenie, co było początkiem tego uczucia? To z nią odnalazł Spinel, ocalił wyspę i pokonał Dahuta. Mieli więc dostatecznie dużo powodów, aby się sobą zauroczyć.
Na dodatek okazuje się, że parka spodziewa się dziecka (Scien nawet specjalnie ich przebadał, aby potwierdzić, czy to w ich wypadku bezpieczne i czy nie spłodzą jakiegoś potwora). Możliwie więc, że Ankou przypadłaby rola opiekuna i obserwatora całego, swojego rodu w przyszłości. Ale fabuła aż tak daleko nie sięga.
Mnie jednak osobiście bardziej utkwiło w pamięci smutne zakończenie. W takim rozwiązaniu akcji jedynie Ceres przeżywa konfrontacje z mutantem i postanawia… iść w ślady Ankou. Tym razem to ona cofa się w czasie, aby spotkać się z Adolphe’am, gdy ten dopiero zaczyna swoją misję zjadania lilii. Przekonuje go wówczas, że jest prawdziwą Śmiercią i obiecuje poprowadzić ku szczęściu. A pętla tym samym nie zostaje przerwana, bo po prostu zamienili się rolami. Mnie jednak bardzo podobał się zarówno wygląd Ceres – z popielatymi włosami i czerwonymi oczami – jak i symbolika całej tej sceny. No i klimatem ten ending świetnie wpisał się w nastrój, jaki tworzyło całe Virche Evermore, gdy przechodziłam je po raz pierwszy.
PODSUMOWANIE:
Naprawdę bardzo ostrzyłam sobie zęby na ścieżkę Ankou, ale nie byłam w pełni zadowolona, z tego co dostałam. Mam wrażenie, że ta opowieść była najzwyczajniej za długa, bo te osiem rozdziałów stało się przykrym obowiązkiem, a nie przyjemnością, zwłaszcza gdy praktycznie większość wydarzeń i tajemnic była nam już doskonale znana. Nie odczuwałam więc żadnej frajdy z przewijania tego samego, tylko po to, by zobaczyć jak bohaterowie „zbierają drużynę przed walką z bossem”.
O ile więc większość scen z samymi zakochanymi była urocza i odpowiednio romantyczna, np. nie miałam żadnych wątpliwości, dlaczego Ceres czuła się przy Ankou bezpieczna, odnalazła wolę życia i z czego wynikało, że go pokochała, o tyle musiałam dosłownie wygrzebywać te fragmenty z fabularnego błota. Ilość pseudonaukowego bełkotu, bezsensownych rozwiązań, akcji deus ex machina i ogólnego chaosu była to tak wielka, że raczej nie podchodzono do inteligencji odbiorcy z odpowiednim szacunkiem. Ot, te dramatyczne wydarzenia były tylko pretekstem, do kolejnych ucieczek, walk i posuwania akcji do przodu. Nie zawierały jednak żadnej faktycznej i interesującej treści. A byłabym w swojej ocenie jeszcze bardziej surowa, gdyby nie moja szczera sympatia do postaci. To – i tylko TO – sprawiało, że przymykałam oczy na wszystko, co przewijało się w tyle, bo chciałam jeszcze trochę pooglądać zarówno Ceres, jak i Ankou na ekranie.
Jeśli więc macie podobne oczekiwania i nie zależy Wam na niczym więcej, to powinniście być zadowoleni. Jeśli jednak czekacie na jakiś kawał dobrej opowieści, to nie ma co się oszukiwać – Virche Evermore bazuje na tanim dramacie i szoku. Trzeba więc samemu zadać sobie pytanie: jak bardzo będzie Wam to przeszkadzać? No i czy dacie radę po raz XYZ oglądać jak sprawiedliwość dosięga Dahuta?