Uwaga: (Virche Evermore -Epic Lycoris-) to gra skierowana do dorosłych odbiorców i zawiera wiele triggerujących treści: w tym sceny przemocy słownej i fizycznej, szeroko rozumianego gore, odurzania i prania mózgu, samobójstwa, mentalności sekt, i wiele, wiele innych… Poniższa recenzja będzie odnosiła się do różnych, kontrowersyjnych scen z gry, więc proszę mieć na uwadze własny komfort psychiczny i powyższe ostrzeżenia.
Side End -Encore- (czyli alternatywne zakończenia)
Ależ scenarzyści postanowili poznęcać się nad naszymi bohaterami! W tej alternatywnej wersji historii z gry podstawowej nie dali im nawet trochę wytchnienia i jeszcze wprowadzono krwawe żniwa wśród sojuszników. No, ale po kolei!
Opowieść zaczyna się od tego, że Ceres i Adolphe’a lądują w Instytucie jako króliki doświadczalne Capucine’a. W czym początkowo tylko mężczyzna poddawany jest torturom, bo naukowca ciekawiła jego „długowieczność”, jako drugiego Driftera. Wkrótce jednak MC nie może już na to dłużej patrzeć i dogaduje się z antagonistą, aby eksperymentował na nich „po równo”, to żadne z nich nie będzie stawiało oporu. Nie chce bowiem być w nieskończoność ratowana przez swojego brata, ale także być dla niego jakimś oparciem. A skoro dla Capucine’a to zasadniczo bez różnicy, to przystaje na ofertę parki, bo i tak może robić swoje, a przynajmniej są dzięki temu ulegli i posłuszni.
Jakiś czas później do Instytutu włamują się ich przyjaciele – w tym głównie Yves i Lucas – którzy ratują bohaterów z rąk oprawcy. A chociaż udaje się im uciec przed torturami, to dla Ceres jest już za późno. Jej ciało przeszło tyle zmian, że czekała ją nieuchronna mutacja. Jedyną nadzieją miała więc być konfrontacja z mastermindem, stojącym za całym złem – czyli Dahutem – który dysponował wynikami badań. Ten zresztą przestał się już dłużej ukrywać, publicznie ogłosił swoje powiązania z rodziną królewską, a nawet rzucił Adolphe’a wyzwanie. Więcej! Planował atak terrorystyczny i wymordowanie większości mieszkańców wyspy, aby potem na ruinach odbudować nowe królestwo.
W każdym razie bohaterowie ruszają na konfrontacje, bo po części nie mają wyjścia. Co ciekawe, włącznie z Ceres, bo ta ma już tak mało czasu, że tylko natychmiastowa pomoc na miejscu może ją ocalić i liczyła się każda sekunda. (Nie wiem, co dałoby jej przeczytanie tych badań – przecież to nie tak, że on ukrywał tam jakieś cudowne lekarstwo, ale co tam!). A chociaż wszyscy sojusznicy łączą siły i Yves przypłaca walkę życiem, to nie do końca udaje im się powstrzymać Dahuta. Jasne, szalony naukowiec ginie, bo podcina sobie gardło, ale jeszcze przed śmiercią wyśmiewa Adolphe’a, mówiąc mu, że nie był godzien uznawania za rywala, bo był słaby i niczego nie potrafił dokonać sam. To inni co chwila się dla niego poświęcali i mu pomagali. Na koniec zaś niszczy wyniki badań, te same, których protagoniści potrzebowali do ocalenia MC i uruchamia program, który rozpętuje piekło na wyspie.
Jakiś czas później, bohaterowie ukrywają się w chatce Adolphe’a, ale z Ceres jest bardzo źle. Krew Ankou nie mogła na nią zadziałać, więc nie otrzymała przeciwciał, bo eksperymenty Capucine doprowadziły do tak wielu mutacji, że cały plan Boga Śmierci wziął w łeb. Protagoniści są więc absolutnie w rozsypce i nie wiedzą, co dalej. Mimo iż teoretycznie współpracują już razem, bo Adolphe’a domyślił się, kim jest Ankou i przestał być do niego wrogo nastawiony. Na dodatek mają pomoc od siostrzyczki Salome, która namawia chłopaków, by jeszcze nie popadali w rozpacz, bo ciało Ceres wyraźnie walczy, ale los jest dla nich nieubłagany i wreszcie nadchodzi moment, by podjąć jakąś decyzję. A ta zasadniczo należy do MC.
W pierwszym zakończeniu, gdy mutacja dziewczyny jest już tak potworna, że jej ciało nie radzi sobie z niewyobrażalnym bólem, bohaterka prosi Adolpe’a, aby ten ją po prostu zabił. Odchodzą więc razem na pole pajęczych lilii, Ceres mówi, że facetowi, że go kocha i dziękuję za wszystko, a ten ją finalnie dusi. Na koniec młodzieniec także popełnia samobójstwo, bo chce się spotkać z bohaterką w Hadesie i odpowiedzieć na jej miłosne wyznanie. Nie wyobraża sobie też po tym wszystkim dalej żyć, gdy MC nie byłoby już u jego boku.
W innej wersji, co prawda Adolphe’a próbuje spełnić życzenie Ceres, ale jest zbyt słaby… Nie potrafi zrobić czegoś tak okropnego, nawet gdy MC go o to prosi, więc modli się do bogów, aby go do tego nie zmuszali. Ale ci są głusi na błagania, więc z pomocą przychodzi mu Ankou i strzela do oboje kochanków ze swojej tajemnej broni.
W innej wersji, pomimo niewyobrażalnego bólu, dziewczyna pragnie dalej żyć i trzymać się nadziei, że coś może się w przyszłości zmienić, jeśli będą wytrwali. Nie wiem. Może Scien wymyśli jakieś lekarstwo albo odzyskają wyniki badań? Cokolwiek. Wyprowadzają się więc gdzieś z dala od miasta, ukrywają przed wszystkimi, a Ceres absolutnie odchodzi od zmysłów. Nie czuje już nic poza bólem, nie potrafi nawet mówić i atakuje Adolphe’a w bezrozumnym szale, ale ten dalej, ze spokojem, opiekuje się nią, całuje i pozwala nawet się ranić, by tylko mogli dalej być razem. W jakiejkolwiek formie.
I wreszcie w ostatnim, też smutnym zakończeniu – a czego się spodziewaliście? – Adolphe udaje się po pomoc do Sciena. Wie, że jego ukochana pragnie żyć, ale nie zamierza trzymać jej u swego boku za wszelką cenę, bo to nie miałoby sensu i było dla niej tylko źródłem cierpienia. (Patrz wyżej). Postanawia więc wreszcie „sam coś zrobić”, bo wciąż mu zarzucano, że jest słaby i żeruje na wsparciu innych. A skoro tak, to mówi naukowcowi, aby użył choćby ostatniej kropli krwi z jego żył czy komórki, jaką dysponuje, poddał go dowolnym badaniom i eksperymentom, ale znalazł jakiś sposób, aby pomóc Ceres. Na co Scien, bez niespodzianek, się zgadza, bo i tak ciekawiło go ciało drugiego Driftera, a tak mógł upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Virche de La Coda -Émotion: Désepoir- sequel do bad engindu
Kontynuacja bad endingu uderzyła mnie mocniej niż cokolwiek innego w tej grze. Głównie dlatego jaką beznadzieje wówczas poczułam. I to w pozytywnym sensie. Jeśli da się w ogóle to tak nazwać. A dlaczego? Bo oto Adolphe powraca jako Ankou, aby podjąć KOLEJNĄ próbę uratowania Ceres. I wiecie co? Dalej mu nie wychodzi. Bez względu na to, ile razy by nie przenosił się w czasie, z którym mężczyzną MC by się nie związała, jakich decyzji by nie podjęła… dziewczyna zawsze umierała na jego oczach. Aż wreszcie to wszystko doprowadziło mężczyznę do potwornej konkluzji. On wcale nie cofał się w przeszłość i nie ratował Ceres. Tak naprawdę to przeskakiwał do alternatywnego uniwersum, doprowadzał do śmierci „tamtejszej” Ceres i „narodzin” kolejnego Ankou. Znaleźli się więc w nieskończonym cyklu, z którego – przynajmniej na razie, nie było powrotu. Kolejny Adolphe’a przejmował po nim pałeczkę i w zasadzie nic nie zmieniali. Może nie byli w stanie? A mnie tragiczność tej sytuacji nie tylko wzruszyła, ale też bardzo mi się spodobała. Przypomniała mi bowiem nieco historię – UWAGA: SPOILER! – „antagonisty” z gry Amnestia: Memories, który ugrzązł w czymś bardzo podobnym i często też był świadkiem, jak jego ukochana wiąże się z innym facetem. Summa summarum: oglądany przez nas Ankou również się poddaje i modli się, aby której innej z jego wersji wreszcie udało się odnieść sukces w przyszłości.
Virche de La Coda –Émotion: Salut– sequel do happy engindu
Akcja przenosi nas kilka lat po wydarzeniach z głównej gry. Wyspa nie jest już odosobniona i przybywa do niej coraz więcej turystów. Otwarcie granic przyczyniło się zaś do zmiany systemu – teraz wprowadzono demokracje, zrezygnowania z technologii Reliverów i utworzenia formacji policji, na której czele stanął oczywiście Adolphe’a. Ogólnie więc wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku. Zwłaszcza w personalnym życiu naszej parki, bo Ceres z każdym upływającym dniem coraz bardziej wracała do zdrowia, zapuściła długie, złociste włosy i aż nie potrafiła uwierzyć, jaka stała się szczęśliwa.
Przez kolejne scenki dowiadujemy się zatem raczej, co słychać u reszty bohaterów, którzy dalej przyjaźnią się z naszymi zakochanymi ptaszkami i także nie mają na co narzekać. Dla przykładu Yves i Hugo zostali podróżnikami, Mathis wydał książkę, Scien stanął na czele nowego rządu, a Lucas wrócił do nauczania. Jedyną więc osobą, która wypadła z łask fabuły jest Ankou, ale i o nim nie zapomniano, dlatego Ceres i Adolphe’a często odwiedzają jego grób i dziękują mu za wszystko. Jakby bowiem nie patrzeć, to bez jego poświęcenia nie osiągnęliby tego happy endingu.
Sprawy komplikują się więc dopiero, gdy Ceres i Adolphe’a otrzymują list od Nadii. Dziewczynka żyje już samodzielnie i trzyma się całkiem nieźle, ale dręczy ją jedna sprawa. Prosi bohaterów, aby wrócili do laboratorium Dahuta i znaleźli dla niej jakiś dowód, czy jej przyjaciel na pewno nie żyje. A ci się zgadzają – choć powiedzmy sobie szczerze, uważam taką prośbę za co najmniej niesmaczną. Po tym wszystkim, co oni przeszli, mieli spełniać egoistyczne kaprys Nadii… No, ale scenarzyści tłumaczą nam to tak, że niby wszyscy potrzebowali jakiegoś „domknięcia”, aby uwolnić się od przeszłości. Niech im będzie, ale naciągane to jak gumka w starych majtach…
A jak postanowili, tak czynią. Bohaterowie schodzą do podziemnych tuneli, gdzie muszą nawalać się z fanatykami, pragnącymi przywrócić technologię reliverów, aż wreszcie docierają do pieczary antagonisty. Tam, po grzebaniu się w brudzie i gruzie, odnajdują sztuczne kwiaty i wiadomość dla Nadii, którą szalony król dla niej zostawił. A skoro tak, to już innych dowodów nie potrzebują i mogą uznać questa za wypełnionego.
W pierwszym zakończeniu Adolphe’a pragnie następnie oświadczyć się Ceres, ale ciągle ktoś mu w tym przeszkadza. Mężczyzna nie wytrzymuje więc wreszcie tych niekończących się zbiegów okoliczności, które sabotują jego starania. Wynajmuje więc miejsce na statku i tam, na pokładzie, z dala od natrętów, prosi wreszcie ukochaną o rękę.
W drugim zakończeniu Adolphe’a nie wie, jak się za tą całą sprawę z oświadczynami zabrać, więc idzie się wygadać nad grób Ankou, ale wtedy podsłuchuje go Ceres. Początkowo dziewczyna zamierza się ukradkiem wycofać, tylko że duch Ankou jej nie pozwala i namawia, aby jednak swojemu love boyowi trochę pomogła. Ostatecznie więc bohaterka przyjmuje oświadczyny w tych nieco dziwnych, mistycznych okolicznościach. Zupełnie jakby dostała od zmarłego przyjaciela błogosławieństwo. Mimo to to rozwiązanie fabularne podobało mi się znacznie bardziej, bo MC wykazała się jakąś inicjatywą.
PODSUMOWANIE:
Jeśli chodzi o sequel, to chyba nie mogliśmy już zobaczyć niczego bardziej „radosnego” w tej grze. Dosłownie prawie wszyscy – włącznie z takim Julianem czy Capucine – dostali tutaj całkiem niezłe zakończenie, a ich grzechy przepadły w niepamięć. Można więc powiedzieć, że ta ścieżka jest wręcz stworzona dla osób, które lubią takie tradycyjne, otomkowe historie w fandiskach. Takie ze strojami ślubnymi, uroczą atmosferą i wyraźnym „i żyli długo i szczęśliwie”. Trudno też było nie oprzeć się wrażeniu, że opowieść Adolphe’a stanowiła swoiste pożegnanie z całym tytułem. Ogólnie więc nawet mi się podobała, chociaż prośbę Nadii dalej uważam za bezsensowną i taki zapychacz, aby cokolwiek się tutaj w tle działo. Poza pokazywaniem, jak wszyscy sobie świetnie teraz radzą. (Ah, i jeszcze Ceres w nowej fryzurze wyglądała naprawdę spoko!).
Sequel do smutnego zakończenia był bardzo poruszający. Może nie niezbędny, ale uderzał w odpowiednie struny i poruszył moje zimne serce na tyle, bym jeszcze raz przypomniała sobie, jak ładna i jednocześnie tragiczna była ta opowieść.
Z największą więc reakcją „meh” z mojej strony spotkała się alternatywna historia. Nie uważam, by była lepsze od tej z gry podstawowej. Nie wniosła więc absolutnie niczego nowego, do tego, co już widzieliśmy i dla mnie była tylko takim przefillerowaniem przestrzeni fandisku. No, może o tyle dobrze, że jeśli ktoś preferuje Adolphe’a, a nie przepada za Ankou, to tutaj ten pierwszy ma więcej czasu antenowego i nie jest przez swojego alternatywnego konkurenta spychany w cień.
Jeśli więc miałabym jakoś podsumować całość, to było przyzwoicie, ale ogólnie Virche Evermore -Epic Lycoris- jakoś nie zwala z nóg.