Toya od początku był dla mnie trochę taką czarną owcą obsady Norna. Niby na pierwszy rzut oka nie było z nim nic nie w porządku, ale jednak nie potrafił w żaden sposób zaciekawić, średnio pasował mi do nieco dziecinnej Koharu (różnica wieku), a na dodatek – w samym zakończeniu – podjął za nią najważniejszą decyzję i wymazał jej wraz z Nanami wspomnienia. Byłam więc na niego trochę wkurzona. Ba! Do tego stopnia, że wylądował na samiutkim końcu mojego rankingu i chyba nie byłam w tej opinii odosobniona, bo w Japonii także znalazł się na dnie wykresów popularności. I może właśnie dlatego zabierałam się do tej ścieżki, jak przysłowiowy pies do jeża – bo dosłownie miesiącami wisiała na mojej liście wstydu. W końcu jednak udało mi się ją ukończyć… i nie było AŻ tak źle? Tak sądzę. A przynajmniej prawie do drugiej połowy historii, która rozwaliła mnie na łopatki.
Zacznijmy więc od tego, że na początku fandisku Koharu dalej nie odzyskała wspomnień i razem z Toyą ukrywają się w bazie Natsuhiko. Po co? Bo rudowłosy mężczyzna szkoli się tam na pilota, a także uczy jak znikać z radaru Światowemu Rządowi, kiedy MC w tym czasie… no, po prostu gotuje i sprząta. A czego się spodziewaliście? Dla rozrywki znosi też słowne molestowanie Setsu – aby rzekomo było zabawniej. Inni słowy, dla love boya zostały „poważne tematy” i bratania się z Natsuhiko, a dla dziewczyny – dopingowanie im w tych działaniach.
Aż pewnego dnia bohaterowie postanawiają udać się na przejażdżkę, a w zasadzie to na przelotkę, bo pożyczają od Natsuhiko maszynę i – nie uwierzycie – ale ta się niespodziewanie psuje i postaci muszą gdzieś wylądować. (Czyli kumpel sprezentował im jakiś złom? Co to za sabotaż? Chciał by przestali mu przesiadywać na chacie, czy co?). Świat jest, oczywiście, ogromny, ale wiadomo, że jak już musisz zrobić przystanek w grze otome, to nagle wszystkie dystanse się strasznie kurczą, więc nasi bohaterowie trafiają do wioski, w której niegdyś żyła MC. (Co wywołało moje pierwsze przewrócenie oczami). A że nasza dziewczyneczka była uważana za potwora, to i tym razem nikt nie wita jej z kwiatami i tortem. Wręcz przeciwnie. Okolicznych złości, że znowu się pojawiła, bo mieli nadzieję, że przepadła już na dobre i w cholerę.
To spotkanie wywołuje u MC niemałą konsternację. Zaczyna rozumieć, że Toya jej czegoś nie mówi, bo chociaż otacza ją opieką, to jednak zdaje się mieć wiele sekretów i znajomych, których ona nie kojarzy, a którzy wydają się znać ją doskonale. Dla przykładu – gdy w bazie Natsuhiko pojawiają się Nanami i Mikoto, to obie z miejsca okazują Koharu najszczersze przywiązanie i przyjaźń, obejmują ją też serdecznie na przywitanie, ale MC nie bardzo ogarnia, dlaczego czuje z nimi więź.
Odpowiedzi na to pytanie dostarczą jej antagoniści. Okazuje się bowiem, że kryjówka Natsuhiko wcale nie była taka idealna i wparowują tam stryjeczek Motohisa, siostrunia Nagisa i wariat Saisho Yahiro. W czym najpierw próbują namieszać w głowie bohaterce i zabrać ją ze sobą po dobroci, ale kiedy to nie działa, to po prostu ją porywają. A to prowadzi nas do naprawdę dziwacznych scen. Yahiro znęca się bowiem nad dziewczyneczką fizycznie i psychicznie. Używa też specjalnego sygnału z maszynerii, aby poddać ją praniu mózgu i – rzekomo – sprowokować do ujawnienia swoich mocy. Próbują więc Koharu przestraszyć, zaszantażować, grozić czy sprawiać jej świadomie ból. Teraz już wiecie, czemu nazwałam go wariatem? A wszystko to wyraźnie sprawia mu przyjemność. Dziewczyna jednak się nie poddaje, bo wierzy, że Toya jej pomoże, a nawet jeśli nie – to obchodzi ją tylko to, żeby był bezpieczny. Nie musi też znać powodu, dlaczego nie mówił jej prawdy na temat przeszłości, bo absolutnie ukochanemu ufa.
W międzyczasie, gdy MC znosi to dręczenie, zrozpaczony love boy postanawia ruszyć z odsieczą. Początkowo panie – Mikoto i Nanami – chcą mu towarzyszyć, ale szybko zostają wypisane z misji, bo nie są już esperami i tylko by zawadzały. Dlatego zamiast tego zostaje utworzony boys band z Toyą, Natsuhiko i Ronem na czele. W czym ten ostatni dołącza tylko, dlatego że chce się rozerwać i dawno już nie miał okazji nikogo zabić. (Przypomnijmy, że w tej wersji historii Ron był partnerem Nanami, ale bynajmniej nie przeszedł prania mózgu, więc nie bardzo się z nią liczył i ogólnie niewiele się z charakteru zmienił).
Jak postanowili, tak czynią i Toya dzięki towarzyszom trafia do bazy naukowców w najlepszym ku temu momencie. Okazuje się bowiem, że Motohisa prawie złamał umysł Koharu, ale rudzielec strzela do sterującej falami maszynerii i przerywa jej efekt. (W czym wcześniej MC o mało samej nie udało się zwiać, bo pomagali jej w tajemnicy Nagisa i Sorata, ale nie zaszła zbyt daleko i jednak pozostała „panną w opałach”). W każdym razie stryjaszek ujawnia swój mroczny plan, bo czuje, że czas na monolog antagonisty. Tak naprawdę – bua ha ha – od początku miał gdzieś Światowy Rząd, badania, Reset, esperów i Aion. Jedyne na czym mu zależało to ZEMSTA. A dlaczego? Bo kiedyś zakochał się w esperce (spoiler alert: siostrze Itsukiego), ale w wyniku matactw jego pobratymców z wyspy, dziewczyna zmarła. To dlatego chciał wszystkich ukarać, ale wszystko się posypało, bo był zbyt niecierpliwy. Niepotrzebnie tak wszystkich popędzął i naciskał na towarzyszy, tylko dlatego bo chciał jak najprędzej sprowokować Koharu do odzyskania wspomnień i spopielenia wszystkiego z rozpaczy (liczył bowiem na to, że przygniotą ją wyrzuty sumienia, m.in. za śmierć Sakuyi). Toya rozprawia się w mig ze swoim stryjem i wraz z Koharu uciekają, aby zostawić cały ten syf za sobą.
Niedługo potem parka odłącza się wreszcie od Natsuhiko i postanawia ruszyć w swoją stronę. Zupełnie przypadkiem trafiają wówczas do biblioteki na drzewie, w której pozwala im zamieszkać samotny staruszek. Na dodatek facet jest tak nimi zachwycony, bo przypominają mu swoją relacją o zmarłej żonie, że postanawia im przekazać placówkę (bez dodatkowych opłat i małego druczku w umówie), a sam planuje wyruszyć w świat wraz z trupą cyrkową. Tak, dobrze przeczytaliście. Okazuje się, że ten świat jest naprawdę bardzo mały i bibliotekarz zna się z dziadkiem Heishiego, więc to właśnie do jego trupy zamierza dołączyć. A że nasi bohaterowie kochają książki, to ta sytuacja jest dla nich jak dar od losu. Naturalnie, że przystają na tak zacną ofertę, by z czasem zyskać sobie sympatie okolicznych mieszkańców i rozkręcić czytelnictwo.
Czy to już wszystko? Nie do końca. Toya wydaje jeszcze oszczędności na wyremontowanie biblioteki, więc to staruszek musi im wyłożyć na ślub. Na dodatek wspólne świętowanie jeszcze bardziej zbliża do parki sąsiadów, więc wszystko się idealnie ułożyło, a mnie rozbawiło mocno, że twórcom nie chciało się zmieniać wizerunków postaci, więc na CG mają inne ubrania niż potem w dialogach.
W epilogu Koharu jest wreszcie gotowa, aby odzyskać wspomnienia. Prosi więc Toyę, aby przywrócił jej pamięć za pomocą ustrojstwa, które skonstruował z Natsuhiko, a kiedy już wreszcie wszystko sobie przypomina… to jest ukochanemu wdzięczna. Dziękuję mężowi, że ukrył przed nią tak straszną prawdę i stał na jej straży, do momentu, aż ich życie stało się na tyle spokojne i szczęśliwe, by Koharu mogła sobie z całym tym ciężarem poradzić. Co samo w sobie było nawet spoko rozwiązaniem, bo naprawiło jedną z moich największych bolączek w grze podstawowej. Pozwoliło mi też spojrzeć na tego love interest przychylniejszym okiem.
Ale czy spodobała mi się ogólnie ścieżka? Bogowie brońcie! Ilość akcji deus ex machina przekroczyła mój próg tolerancji i o ile jeszcze jakoś znosiłam to wszystko i zaciskałam zęby, gdy musiałam oglądać antagonistów – to akcja z biblioteką zupełnie mnie rozwaliła. Naprawdę nie dało się wstawić jakiegoś time skipa i sprawić, że bohaterowie sami zapracowali sobie na taką przyszłość? Czy wszystko musiało im zostać „przypadkowo” podane na tacy i spaść jak manna z nieba? Nosz dosłownie jakby całe uniwersum chciało im wynagrodzić wcześniejsze cierpienia.
Na dodatek ja, niestety, naprawdę „nie czuję” tej pary. Chociaż domyślam się, że może mieć fanów. Najzwyczajniej w świecie, Toya dla mnie dalej jest postacią, która lepiej sprawdza się na drugim planie i nawet w tej ścieżce cała masa bohaterów często skradała mu show. Dla przykładu – Ron, który dołączył do misji ratunkowej, czy dziewczyny – gdy spotkały się po rozłące z Koharu. Dlatego – pomimo połatania pewnych wątków – to opowieść rudzielca znowu ląduje u mnie na samym dole rankingu. I raczej nigdy się już do niego nie przekonam, bo szczerze wątpię, by kiedykolwiek dane nam było powrócić do tego tytułu w nowym fandisku czy jakiejś kontynuacji. To nie Hakuoki. Tutaj Otomate potrafiło powiedzieć stop. Ale też nie będę za Toyą jakoś szczególnie tęsknić.