Zacznijmy od stwierdzenia, że zakończenie podstawowej gry było dość zaskakujące i wprowadziło wątek, który wydawał mi się dziwny. Oto Heishi i Nanami stanęli przed okazją, by razem podróżować, fotografować różne miejsca i ludzi, a ktoś chciał im za to płacić. Oczywiście, anonimowo i nie zdradzając się z powodem. Na szczęście w fandisku ten motyw zostaje wreszcie wyjaśniony. Jeśli więc czemuś – poza fluffem – miała służyć ta ścieżka, to chyba właśnie łataniu dziur logicznych. Mnie bowiem bardzo to wówczas zniesmaczyło, wiecie, taki cudowny uśmiech od losu, a teraz przynajmniej zrozumiałam zamiary twórców…
W każdym razie w pierwszej części historii dowiadujemy się, że w istocie nasi bohaterowie są dalej razem, a Nanami ma trochę problem z odnalezieniem własnego ja. Do tej pory „ogrzewała” się w cieple Heishiego, ale na dłuższą metę nie chce być taką partnerką. Co samo w sobie wzbudziło moją sympatię do tej już i tak uroczej kuudere księżniczki.
Bohaterowie mają też szereg przygód, które słusznie sami porównują do fabuły bajki. Heishi udziela pomocy przypadkowym osobom, w zamian za to dostaje jakiś przedmiot, oddaje go potrzebującemu i tak jakoś czas im płynie… aż wchodzą w posiadanie starego roweru i mogą nawet dzięki temu uciec swoim oprawcom, bo Światowy Rząd bynajmniej o nich nie zapomniał i wciąż próbują dopaść „zbiegłych i niebezpiecznych esperów”.
Wreszcie trafiają na trop dawnej grupy cyrkowej Heishiegi i postanawiają do nich na jakiś czas dołączyć. Zwłaszcza że chłopak tęsknił za rodziną, a nie mieli innych perspektyw. Co więcej, okazuje się, że artyści są „uziemieni”, bo jedyny most w okolicy wymaga remontu, funduszy brak, a o innej przeprawie przez rzekę nie było mowy. Heishi ma więc dość czasu, by przedstawić wszystkim swoją ukochaną (i nasłuchać się masy docinek), a także, by zyskać „błogosławieństwo” od dziadka. Nanami zresztą szybko przekonuje się, że starszy pan, chociaż milczący, to dobry człowiek i łatwo nawiązuje z nim więź. Żałuje również, że nie posłuchała rady Heishiego i nie sprezentowała dziadkowi suszonych ryb, tylko cukierki, bo uległa radom sprzedawczyni. Co tym bardziej utwierdziło ją, że musi jeszcze popracować nad własnym charakterem i sprawiło, że potem jednak wręczyła te ryby, bo chciała chyba zapunktować jako przyszła synowa…
Ostatecznie ta część opowieści kończy się tym, że dziadek robi po kryjomu zakochanym zdjęcie (nie, nie w niezręcznej sytuacji) i wysyła na pobliski konkurs artystyczny. W efekcie wygrywa kasę na naprawę mostu i trupa może znowu ruszać w trasę.
Co płynnie prowadzi nas do drugiego wątku ścieżki. Heishi i Nanami odłączają się od reszty i trafiają do wioski, w której doszło do tragedii. W wyniku tajemniczej choroby roślin przepadły wszystkie uprawy medycznych ziół, z których utrzymywała się cała okolica. Wieśniacy są więc wrodzy wobec obcych. Szybko wpadają w gniew. Nie chcą się zwierzać. A ta podła atmosfera odbija się na Heishim, który źle znosi takie natężenie negatywnych emocji. Najpierw więc próbuje wszystkich pocieszyć, dając występ i grając na flecie, ale zostaje przepędzony. To do Nanami należy więc przywrócenie mu dobrego nastroju, bo wie, że wioska przypominała chłopakowi o domu i to dlatego był tak zdeterminowany, by jakoś pomóc.
Ostatecznie młodzi decydują się naprawić kościółek, który został zniszczony przez Światowy Rząd, który nie popierał żadnych przejawów wiary. Zachęceni ich wysiłkami mieszkańcy, starają się pomoc, zwłaszcza gdy parka deklaruje, że chciałaby się tam w przyszłości pobrać, i to wreszcie przywraca wszystkim jakąś formę nadziei. Do czasu.
Okazuje się, że osobą, która zniszczyła kościół, był agent Światowego Rządu i przybrany brat Heishiego – Seiji. Wyznaje on przy tym, że tak naprawdę od początku jedynie nadzorował młodego telepatę i że ich rodzinne więzi były tylko iluzją. Między panami dochodzi więc do konfrontacji, ale Heishi nie zamierza skrzywdzić swojego niisana, nawet jeżeli ten bardzo go zranił. Wybacza wszystko Seijiemu i wyznaje, że wciąż uważa go za rodzinę, a tamten, zaskoczony i wzruszony, postawą młodego espera, decyduje się odejść i zostawić kościół w spokoju (pod warunkiem, że będzie on służył za centrum społeczności, a nie obiekt do religijnych rytuałów).
W międzyczasie Seiji pertraktuje z Motohisą, by ten nie ważył się skrzywdzić jego przyjaciół i pomógł mu ich ukrywać przed Rządem. Na jaw wychodzi również, że od początku to właśnie Seiji był tajemniczym zleceniodawcą i to on opłacał podróże naszej pary w zamian za zdjęcia, które potwierdzały mu, że Heishi jest bezpieczny. Nie był więc on wcale „taki” zły i jedynie udawał antagonistę.
W finale parka rzeczywiście bierze ślub w odbudowanym kościele, a potem kontynuuje swoje przygody. Chociaż byli niebezpiecznymi esperami, nie zamierzali korzystać ze swoich mocy i liczyli, że kiedyś może nawet spotkają przyjaciół z Norna, o których losach opowiedział im po części Seiji.
Jeśli mam być szczera, to w tej ścieżce brakowało mi trochę romantyczniejszych scen między głównymi bohaterami. Na pewno wspierali się na poziomie emocjonalnym, ale jeśli fani liczyli na jakiś kontakt fizyczny, to nic z tych rzeczy. Zresztą, w rozmowie z Seijim, Heishi sam przyznał, że jego partnerka to jeszcze dziecko, które potrzebuje czasu. I nie było w tym nic złego, nawet jeśli Nanami się trochę obraziła, ale pokazywało, że to dopiero początek ich romantycznej relacji… nawet jeśli zaczęli ją od ślubu. Co nam, ludziom XXI wieku, coraz mniej mieści się w głowach, chociaż niegdyś była to norma. Biorę więc poprawkę na to, że w świecie Norna może również inaczej podchodzono do tematu małżeństw i nikogo nie bulwersowały nastolatki przed ołtarzem.
Na pewno podobał mi się jednak rozwój Nanami i to, że znalazła ona swój głos. Pokazała w wielu scenach, jak silną postacią się stała, i dzięki twórcom, że dziewczyny pozostały przyjaciółkami do końca, a nie rywalizowały ze sobą, jak to w wielu grach otome bywa. Gdy Seiji żartuje sobie, że z Mikoto była fajniejsza laska, z większymi cyckami itd., to Nanami się nie obraża, ale obiektywnie przyznaje mu racje, że jej przyjaciółka to piękna kobieta. (I kto tu był bardziej niedojrzały, hę?).
Jeśli chodzi o inne „łataj-dziury”, to dowiedzieliśmy się również, dzięki monologom Seijiego, że moce esperów nie działają na agentów rządowych, więc Nanami nie musiała się obwiniać o wymazanie wspomnień Masamune. Facet po prostu stracił przytomność, ale był cały. Co mnie osobiście ucieszyło, bo uważałam, że sposób, w jaki potraktowano go w grze podstawowej, był dość okrutny… Jasne, działał po stronie wrogów i pewnie nie pozwoliłby bohaterom tak łatwo uciec, ale jakiś tam niesmak, że namieszano mu we wspomnieniach, pozostał.
Ogólnie więc była to okej ścieżka, chociaż sporo akcji działo się na zasadzie deus ex machina, nie wprowadziła żadnego, nowego wątku, a jedynie domknęła pewne tematy, niczym taki bardziej rozbudowany epilog. Pomimo całej mojej sympatii do Nanami i Heishiego, to nie urzekli mnie jakoś szczególnie w kontynuacji, ale też po prawdzie scenarzystom chyba po prostu brakowało pomysłów, co więcej tutaj mogłoby się dziać. Ot, wyjaśnili jeszcze kilka niewiadomych, ale ogólnie to nie tak, że jakoś bardzo potrzebowaliśmy tej kontynuacji.
Btw. Z ciekawości zajrzałam na bloga breadmasterlee.com i absolutnie nie rozumiałam hejtu autorki. Zarzuca ona Heishiemu m.in. to, że Nanami musi ciągle radzić sobie z jego niedojrzałością i że żyje on w jakimś zaprzeczeniu… Ale ja absolutnie nie widziałam tego, w tej ścieżce. MC była szczęśliwa, że może dzięki Heishiemu przeżywać rzeczy, których do tej pory unikała, lubiła pomagać ludziom nie mniej od niego, miała pole do samorozwoju, więc nie była dominowana w żaden sposób… Mam więc wrażenie, że blogerkę zdominowała niechęć do postaci młodego telepaty, ale rozumiem to, bo mi się też czasem zdarza. Jeśli więc naprawdę mamy coś krytykować, to zdecydowanie naiwność fabuły, bo wszystko wydarzyło się tutaj w wyniku jakiś magicznych zbiegów okoliczności. Czy też w wyniku stężenia „narrativum”, jak mawiał T. Pratchett.