Uwaga: (Virche Evermore -Epic Lycoris-) to gra skierowana do dorosłych odbiorców i zawiera wiele triggerujących treści: w tym sceny przemocy słownej i fizycznej, szeroko rozumianego gore, odurzania i prania mózgu, samobójstwa, mentalności sekt, i wiele, wiele innych… Poniższa recenzja będzie odnosiła się do różnych, kontrowersyjnych scen z gry, więc proszę mieć na uwadze własny komfort psychiczny i powyższe ostrzeżenia.
Side End -Encore- (czyli alternatywne zakończenia)
Opowieść Yvesa zaczyna się w najtrudniejszym dla niego momencie, bo po odnalezieniu ciała Hugo. Chłopak nie ma jednak czasu na żałobę, bo zaraz uderza go potężny atak choroby, która znacznie przyspieszyła, odkąd zaczął się spotykać z Ceres. Na dodatek bohaterowie próbują się również gdzieś schronić przed wściekłym tłumem, ale tak naprawdę wpadają tylko kolejno z deszczu pod rynnę: najpierw w ramiona sekty, potem Lucasa, a w finale do Instytutu Sciena, który wreszcie postanawia zainteresować się dziewczyną nazywaną przez innych „śmiercią”.
I co odkrywa? Ano, to wszystko co wiedzieliśmy już z gry głównej. Czyli, że Ceres jest jakąś mutacją pomiędzy człowiekiem a kwiatem, a Yves to daleki potomek Driftera, bo inaczej nie przetrwałby tyle czasu u boku MC. Scien nie mówi im jednak tego z dobroci serca i chęci pomocy. Nope, chce tak naprawdę eksperymentować na parce i zrobić z nich króliki doświadczalne (o czym ci zdają się czasami zapominać, bo są wobec niego aż nierealistycznie przyjaźni!).
Jego szalone plany także jednak zostają pokrzyżowane. Tym razem przez rodzinę królewską. W swojej ignorancji władcy wyspy podpalają pole pajęczych lilii, nie rozumiejąc ochronnej funkcji kwiatów. W głowie bohaterów – Sciena, Dahuta, Capucine’a (tak, on też się przypałętał po drodze) kiełkuje wówczas plan, że trzeba jakoś wysadzić łąkę… bo pod spodem są korytarze leczniczej wody… a oni mają dostęp do niepalnych ładunków wybuchowych… whaaaaat? To nie miało żadnych rąk i nóg, ale na ochotnika zgadza się, oczywiście, Yves, bo to on był strażnikiem kwiatów. Potrzebował też jakiejś heroicznej sceny.
Jak postanowił – tak robi. Dosłownie zawleka swoje konające, palące się ciało, na miejsce, byle tylko wypełnić misję. W czym nie wiadomo skąd i jak, dołącza do niego Ceres, bo nie chciała, by był przy tym sam. Dlaczego Scien, który chciał jej potem użyć w swoim planie, pozwolił jej odejść? Cholera wie. Zwłaszcza że dziewczyna bardziej przeszkadzała niż pomagała. W każdym razie parkę ratują potem Adolphe i Ankou, którzy po drodze dowiedzieli się o tym, w jak nieciekawej sytuacji znajduje się teraz cała wyspa.
Za mało dramatu? No pewka! Już w Instytucie (bo z jakiegoś powodu Adolphe, Ankou, Ceres i Yvesz tam wracają) okazuje się, że ten cały plan, to i tak było rozwiązanie tymczasowe, które dało im maksymalnie dwa miesiące na opracowanie czegoś nowego. Inaczej wszystkich szlag trafi. Dlatego – ZNOWU – Yves zgłasza się na ochotnika, bo wychodzi na jaw, że jego ciało po takim kontakcie z trucizną, było już w rozsypce. Trzymał się do tej pory tylko za sprawą „siły woli”. Na dodatek przeciwciała Ankou czy zdolności wszystkich naukowców razem wziętych nie są w stanie pomóc w tej sytuacji. Dlatego albo on, albo Ceres muszą posłużyć za materiał do badań i do opracowania lekarstwa.
I tu – bez niespodzianek – to Yves poświęca się dla wyspy, a my przeskakujemy do epilogu w przyszłości. Ceres jest już starą kobietą, która opiekuje się sierocińcem. (Okazuje się, że Salome przejęła władze po tym, jak cały ród królewski upadł i zakonnica to właśnie MC zostawiła prowadzenie placówki na głowie). Ankou dalej ją odwiedza, ale głównie to podróżuje i opowiada historię o pewnym odważnym, młodym mężczyźnie, którego miłość i siła ocaliły kraj. Aż po wielu latach, spokojnie, we śnie, Ceres także odchodzi i dołącza do ukochanego, który czekał na nią na kwiatowej łące w zaświatach. Btw. rozmyślenia dojrzałej już Ceres o tym, że zapomina głosu czy wyglądu Yvesa, akurat mnie wzruszyły. Trafiły w odpowiednią strunę. Tym bardziej chyba dobrze się stało, że twórcy dali im JAKIŚ tam happy ending. A przynajmniej jego namiastkę…
…chyba że mówimy o endingu numer 2. W tej opcji bohaterowie nie mają po swojej stronie szczęścia. Trafiają w łapy Sciena i ich ciała stają się obiektami do eksperymentów. Dopiero później, gdy w zasadzie Ceres i Yvesa już nie ma, ich klony wpadają na siebie na korytarzach Instytutu. Oboje próbują uciec przed okrutnym losem np. pogrzebaniem żywcem. A chociaż się nie znają i nic do siebie nie czują, to – wzorem swoich oryginałów – chcą się wspierać i razem sprobować czmychnąć w nadziei, że może połączy ich kiedyś równie mocna więź. No i zasadniczo nie mają nic do stracenia.
Virche de La Coda -Émotion: Désepoir- sequel do bad engindu
Jak pamiętamy z gry podstawowej, w tym tragicznym zakończeniu Ceres zwariowała i cieszyła się, że zwłoki ukochanego są obok niej, bo nie będzie mogła go już skrzywdzić… Cóż, ten wątek jest kontynuowany, ale z perspektywy ducha Yvesa. Nie tylko cierpi on katusze w życiu pozagrobowym, bo ciąży na nim poczucie winy za odwrócenie się od Hugo, ale jeszcze uświadamia sobie, w jak okropnym stanie zostawił swoją dziewczynę. Może więc już tylko płakać, cierpieć i żałować, że nie odeszła razem z nim.
Virche de La Coda –Émotion: Salut– sequel do happy engindu
Na początku sequelu nasi bohaterowie dalej znajdują się w niegodnej pozazdroszczenia sytuacji. Yves zasadniczo umiera, bo choroba go wykańcza, ale Ceres i tak tkwi u jego boku i obiecuje, że gdy tylko nadejdzie jego moment, to sama popełni samobójstwo, by spotkali się w Hadesie. W międzyczasie zakochani są wspierani przez siostrzyczkę i Mathisa, którzy podrzucają im do kryjówki Ankou jedzenie, a także dzielą się wieściami.
Niestety, z każdym upływającym dniem, Yves jest coraz słabszy, aż prosi Ceres, by zgodziła się spędzić z nim noc i skonsumować ich związek, bo to prawdopodobnie jego ostatnia szansa na to, by zbliżyli się fizycznie. Na co MC ochoczo przystaje, bo także myślała już o tym kroku.
Po fakcie prognozy Yvesa okazują się trafne i może on już tylko leżeć w łóżku w bólu. Aż pewnego dnia wydaje „ostatnie” tchnienie i w swojej wizji spotyka Adolphe’a i Hugo, którzy ochrzaniają go, że to jeszcze nie czas, by do nich dołączył i musi wrócić dla Ceres. Co jest jakąś tam formą wybaczenia i odkupienia otrzymanego od zmarłych przyjaciół, której protagoniści tak bardzo potrzebowali.
W międzyczasie parkę – jak zwykle – znajduje i ratuje Ankou. Okazuje się, że zaczął on współpracę z Scienem nad lekarstwem i zawarł z nim nawet układ. Trzeba jednak podkreślić, że odkąd stracił rękę i przegrał pojedynek z Yvesem, to szalony naukowiec nie był już tak niebezpieczny. Mimo to wymusił on na protagonistach, by pomogli mu w intrydze wytropienia i ukarania sponsora, który stał za tymi wszystkimi matactwami związanymi z rodziną królewską i atakami na reliverów.
Nie jest to jednak duży problem, bo chociaż Ceres zostaje w międzyczasie porwana przez Dahutra, to Yves szybko odbija ją z jego łap i razem… decydują się, że darują mu życie. W ramach kary miał on odtąd pomagać w uzdrawianiu wyspy i odbywać karę dożywotniego więzienia z możliwością wyjścia za przepustką, aby odwiedzać Nadię. Nie wiem, czy było to sprawiedliwe w kontekście wszystkich morderstw, jakich się pośrednio i bezpośrednio dopuścił, ale jak wiemy, antagoniści mają zwykle taryfy ulgowe w grach otome. Poza tym poboczne postaci nie liczą się jako ofiary, więc scenarzyści nie bardzo przejmują się o wyrównanie rachunków w ich imieniu.
W finale Yves i Ceres biorą nawet ślub, ubrani w czarne stroje, na polu swoich ukochanych kwiatów, i jest to chyba najbardziej optymistyczne i tradycyjne zakończenie w całym Virche.
W alternatywnym endingu Yves umiera z powodu choroby, ale Ceres nie podąża za nim, jak początkowo planowała. Odkryła bowiem, że jest w ciąży i postanowiła najpierw zaopiekować się dzieckiem, które nosiła pod sercem. Niemniej, po napisach końcowych, to nie matka, a Ankou rozmawia z dzieciakiem o jego rodzicach. Możemy więc zakładać, że na jakimś etapie MC jednak zrealizowała swój plan. Nie sposób tylko powiedzieć po ilu latach.
PODSUMOWANIE
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Yves jest naszym kanonicznym love interest, bo wydają się uzupełniać z Ceres jak dwa kawałki jabłuszka. Nawet jego zakończenie jest najbardziej „typowe” dla gier otome i w 100% realizuje to, na co zwykle liczymy w fandisku. Jest tutaj i fluff, i trochę akcji, i intymność, i nawet ślub. Nie miałam więc naprawdę czego się przyczepić i całość ścieżki przechodziło mi się bardzo dobrze. (No… może tylko to nagłe zaufanie do Sciena i pobłażliwe traktowanie wydawało mi się dziwne…).
Fajnie również, że nie zapomniano o postaciach pobocznych. To nie tak, że ich wątki zostały zawieszone, ale każdy także otrzymał jakieś pocieszające rozwiązanie np. Nadia wróciła do zdrowia, Mathis wybaczył Jeanowi, Scien stał się bardziej ludzki, a Ankou wreszcie wolny od swojego poczucia winy… Ba! Nawet Adolphe i Hugo wpadli na chwile, by przekazać, że u nich w piekle wszystko okej XD
Nie mogę również przyczepić się naukowego bełkotu czy prostoty rozwiązania, bo wszystko pozostało w zgodzie z wcześniej opisanymi „faktami” czy też „zasadami” tego świata przedstawionego. Czyli naciągane w cholerę, ale zdążyliśmy się chyba już z tym oswoić, co nie?
Dlatego – zwłaszcza jeśli jesteście fanami Yvesa – nie będziecie rozczarowani. Na końcu tunelu wreszcie pojawiło się jakieś światełko!