Uwaga: Recenzja powstawała na bazie wersji Steam, która była tłumaczona maszynowo. Obecnie można też znaleźć patch, który poprawia angielskie tłumaczenie. (LINK)
Uwaga 2: Gra jest obecnie wydawana pod nowym tytułem „When Sword Sinks Into Flowers”. Niegdyś było to „Les Fleursword”. Znajdziecie więc w necie i sklepach obie wersje.
Eeeh… to nawet ciężko nazwać pełnoprawną ścieżką! W każdym razie spróbuję coś napisać z recenzenckiego obowiązku, ale przy maszynowym tłumaczeniu miałam problem niekiedy, aby zrozumieć, co się w tej grze w ogóle dzieje. Zwłaszcza że kilka razy pomylono imię bohatera i zamiast tego nazywano go „Marlowe”. A o błędach, literówkach i znakach zapytania na końcu każdego zdania nie wspomnę!
Tak jak Adelaite, Euphia pochodzi z rodu rycerzy, ale nie ma dobrych relacji ze swoją rodziną. Głównie dlatego, że ci woleli zająć się polityką a nie wojaczką, stąd facet szybko opuścił dom i zaczął się szkolić w walce aż osiągnął stopień kapitana. (I to właśnie przyczyna dlaczego znają się z MC od dzieciaka). Euphia nie był jednak zadowolony ze swoich osiągnąć. Ciągle porównywał się z Adelaite, której po prostu po części zazdrościł rodzica. Bardziej jednak irytował go fakt, że nie potrafił dziewczyny… chronić. Nigdy bowiem nie udało mu się jej pokonać. Co sprawia, że zastanawiam się, jakim wymiataczem musiała być MC albo raczej jakim Euphia był leszczem… Ale mniejsza!
W każdym razie, z powodu tych kompleksów, przez większość fabuły, Euphia zachowuje się jak tsundere w najgorszym możliwym wydaniu. Będzie warczał na bohaterkę, prowokował ją, a nawet posuwał się do fizycznej przemocy… z miłości? Może więc powinnam go nazywać yandere? Cholera wie… Poważnie, nie ma co się zbytnio zastanawiać nad sensem tej historii.
Tak czy inaczej, w common route, jedyne interakcje bohaterów ograniczają się do tego, że ilekroć Adelaite spotyka gdzieś Euphię, to słyszy pod swoim adresem coś niemiłego. Nawet gdy wyruszała na swoją sekretną misję, która skończyła się dla niej klątwą, to Euphia zdołał jej wcześniej wytknąć niekompetencje. Chociaż, może w tym wypadku słusznie, bo kobieta wpadła w pułapkę żądnego zemsty na rycerzach maga, który rzucił na nią zaklęcie. Od tej pory Adelaite nosi na szyi znamię, a z każdym upływającym dniem, ucieka z niej życie… A choć mag trafia do aresztu, to ani myśli współpracować. W końcu dorwanie córki wroga, to dla niego idealny scenariusz.
Dlatego Adelaite szuka rozwiązania problemu na własną rękę, ale w bibliotece trafia jak na zawsze zirytowanego Euphię. Po krótkiej wymianie zdań, ten zaczyna kobietą szarpać (bo czemu by nie?), wskutek czego MC traci przytomność. W końcu już i tak była osłabiona z powodu klątwy. Przerażony Euphia uświadamia sobie wtedy, że może przegiął. Zabiera kobietę do sypialni, a tam od Fela dowiaduje się całej prawdy: że misja skończyła się niepowodzeniem. Że tylko mag Marlowe zna składniki potrzebne do zdjęcia klątwy. I że w zasadzie można powoli żegnać się z Adelaite, bo jej ojciec ani myśli o pertraktowaniu z więźniem.
Nie chcąc nikomu zdradzić tajemnicy o swoim złym stanie zdrowia, Adelaite bierze jeszcze udział w rycerskiej paradzie, szybko jednak traci siły i to Euphia musi odwracać od niej uwagę tłumu za pomocą sztuczek z woltyżerki. Tak czy inaczej, MC ląduje potem na długi czas uwięziona w komnatach, budząc się na przemian i tracąc przytomność, aż zostanie wreszcie odwiedzona przez ojca. Ten przeprasza ją za całą sytuację i fakt, że nie może jej pomóc. Prosi jednak córkę, żeby zrozumiała, że dobro kraju jest dla wszystkich najważniejsze. A dziewczyna nie ma mu tego jakoś szczególnie za złe, bo w pełni podziela taki punkt widzenia. Jako rycerz, chce dla swojej ojczyzny jak najlepiej i godzi się po prostu… cóż, umrzeć.
Wreszcie odwiedza ją również Euphia, ale między parką dochodzi do kłótni. Facet nie potrafi zrozumieć dlaczego Adelaite nie chce walczyć o swoje życie i wydaje się z sytuacją pogodzona. Niestabilny emocjonalnie kapitan przelewa także hektolitry łez, ale dopiero przy drugim spotkaniu przechodzi sam siebie. W sensie dalej jest na Adelaite zły, że ta nie wykazuje zainteresowania ocaleniem, ale dodatkowo postanawia ją uderzyć (co z tego, że MC już była na granicy sił?), a także wypomnieć jej, że jest kobietą. Rozwścieczona jego zachowaniem MC, rozkazuje mu spieprzać ze swojego pokoju, co też spłoszony Euphia ochoczo czyni.
Potem parka się już nie widuje, chociaż dziewczyna często rozmyśla o ich pożegnaniu. Ciągle przeżywając, że pomimo jej ciężkiej pracy, była przez drugiego kapitana postrzegana tylko przez pryzmat swojej płci. Ta zimna wojna nie trwa jednak długo, bo już w następnej scenie Adelaite budzi ból, gdy ktoś przemocą wlewa jej do ust jakąś miksturę. Ah ten, Euphia… Szarmancki jak zawsze… Okazuje się, że to antidotum, które zdejmuje z niej klątwę, a które w międzyczasie udało mu się zdobyć. Jak? Bo wrócił do domu i – niespodzianka! – okazało się, że mieli tam książkę z informacjami, jak zdjąć zabójcze zaklęcie. Dlatego całe szczęście, że pogodził się na czas z rodziną. Bogowie, jakie to było durne…
Przy okazji Euphia daje też MC małe sprostowanie: to nie tak, że nazywając ją kobieta, chciał ją obrazić. Tak naprawdę, gdy wrzeszczał na nią, to zawsze był zły na siebie, za to, że jest tak słaby. Jego największym marzeniem było bowiem chronienie Adelaite – do której żywi gorące uczucia. A skoro tak, to kobiecie też wzbiera się na wyznanie. W rzeczywistości bała się śmierci, ale nie potrafiła tego przed nikim przyznać. Szczególnie przed ojcem, którego nie chciała rozczarować. Perspektywa poświęcenia się dla ojczyzny wcale nie brzmiała dla niej tak atrakcyjnie, jakby się wydawało. Dlatego jest wdzięczna mężczyźnie, że zrobił wszystko, aby jej pomóc, pomimo wcześniejszych nieporozumień.
No to cóż im w takiej sytuacji pozostało? Oczywiście paść sobie w ramiona i oddać rozkoszom miłosnym. Nieważne, że jeszcze chwile temu się nienawidzili, a Adelaite była umierająca i tak bardzo osłabiona, że nie była w stanie nawet samodzielnie jeść. Przecież do czułości wystarczy, że będzie grzecznie leżała a Euphia zrobi swoje. Chociaż to japońska gra, więc – żeby nie było! – kobieta coś tam nieśmiało protestuje, by nikt nie pomyślał, że jest bezwstydnicą. A gdy już tak się zabawiają w najlepsze, to MC bierze jeszcze na głębokie przemyślenia, że w sumie fajnie być kobietą. Inaczej nie mogłaby z Euphia relaksować się w ten sposób… No tak. …to co, by tu jeszcze dodać? Panie i panowie, trafiła nam się MC filozofka!
Potem przez jeszcze kilka dni, Adelaite musi zostać na rekonwalescencji, bo nie odzyskała pełni sił. Wita jednak ukochanego przy bramie miasta, gdy ten wraca z misji i przedstawia mu ofertę nie do odrzucenia. Chce by pogadali z jej ojcem. Szczególnie, że Euphia mógłby oficjalnie dołączyć do jej rodu, a ojca z pewnością ucieszy perspektywa wnuków. Mężczyzna godzi się zatem udać na spotkanie, ale reszta odbywa się już offscreenowo. Możemy więc tylko przypuszczać, że żyli potem długo i szczęśliwie. THE END.
Naprawdę nie wiem, po co ktoś się w ogóle kłopotał, aby pisać do tego fabułę. Przecież CG można było sobie stworzyć i bez tego. Na cholerę udawać, że mamy do czynienia z grą? No nic… ten tytuł z jakiegoś powodu jest klasyfikowany jako visual novel i otome, ale naprawdę szkoda Waszego czasu i znajdziecie tysiące lepszych produkcji.
