Ford Gillia Kingdom, where the ancient magicians’ legend still remains. On a certain day Adelite, belonging to the kingdom’s chivalric order was cast a death-promising curse by a man who identifies himself as a „magician”. (źródło: DLsite)
- Tytuł: When Sword Sinks Into Flowers
- Oryginalny tytuł: 剣が花に沈むとき (Ken ga Hana ni Shizumu Toki)
- Data wydania: JP: 2013-04-18 / EN: 2022-09-20
- Developer: Magic House
- Wydawca: Paradise Project & SakuraGame & Sinical Network
- Pełen dźwięk: –
- Napisy: angielski (patch), japoński
- Rozszerzenia i powiązane tytuły: –
Linki
- Walkthrough: –
- Official Site: –
Bohaterowie
Główna postać:
![]() | Adelaite Diondale Kobieta, która dowodzi własnemu oddziałowi rycerzy. Pada ofiara klątwy żadnego zemsty maga. |
Ścieżki/Love Interest:
![]() | Euphia Rangledon Jeden z kapitanów rycerzy Królestwa Fordgilia, rywal bohaterki. <<RECENZJA>> |
![]() | Fel Crossy Członek oddziału Adelaite w Zakonie Rycerzy Fordgillia. <<RECENZJA>> |
![]() ![]() | Marlowe Mag, który rzucił klątwe na bohaterkę. <<RECENZJA>> |
Ocena ścieżek: (*♡∀♡) Marlowe ⊳ Euphia ⊳ Fel (ᗒᗣᗕ)՞
Recenzja
Uwaga: Recenzja powstawała na bazie wersji Steam, która była tłumaczona maszynowo. Obecnie można też znaleźć patch, który poprawia angielskie tłumaczenie. (LINK)
Uwaga 2: Gra jest obecnie wydawana pod nowym tytułem „When Sword Sinks Into Flowers”. Niegdyś było to „Les Fleursword”. Znajdziecie więc w necie i sklepach obie wersje.
Gdy zobaczyłam, że „Les Fleursword” kosztuje tylko 3 zł na wyprzedaży, powinnam zrobić się podejrzliwa… ale myślę sobie, obrazki są nawet spoko, jak na grę powstałą w RPG Makerze. Aby zatem nie było, że wspieram tylko duże, komercyjne tytuły, to przetestujmy dla odmiany coś niszowego. No dobra, brzmiało jak wspaniały plan. Co oczywiście musiało się odbić na mnie rykoszetem, bo „Les Fleursword” to gra, która mocno odbiega od tego, co znajdziecie na moim blogu. Przede wszystkim dlatego, że nie jestem przekonana, czy to w ogóle visial novel (chociaż znajdziecie ją w bazie vndb). No i niby jakiś tam wyborów dokonujemy – a w zasadzie dwóch – na 3 godziny rozgrywki, bo jakoś tyle zajmuje ukończenie common route + wszystkich 4 endingów.
Tyle że to chyba w zasadzie bardziej gra dla dorosłych? Mam wrażenie, że fabuła stanowiła tu jedynie pretekst do pokazania bardziej pikantnych CG w stroju Adama i Ewy. Wersja ze Steama, czyli ta najłatwiej dostępna, jest przy okazji z cenzurą: to znaczy, że w kluczowych miejscach nasze niewinne oczęta uratują doklejone kwiatki, ale na tymże samym serwisie znajdziecie link do patcha, który rzeczone roślinki usuwa. Na innych stronach, takich jak DL Site, ten sam tytuł dostępny jest bez roślinności, ale zmieniono nazwę gry. Jak zatem widać, można bez problemu wybrać, co się komu podoba.
Skoro jednak chociaż udajemy, że to otome (Steam też ją tak kategoryzuje), spróbujmy powiedzieć cokolwiek o akcji. A tu w zasadzie dzieje się niewiele. Główną bohaterką opowieści jest Adelaite Devondell, dziedziczka znakomitego rodu i przy okazji kapitan własnego oddziału rycerzy. Kobieta jest ogólnie szanowana i respektowana w mieście. Jako jedynaczka była przyuczana bardziej do roli syna niż zwykłej niewiasty. Stąd to zaradna i kumata osoba, która kiedy trzeba używa kija, a kiedy indziej marchewki wobec podwładnych. Pewnego dnia Adelaite dostaje od swojego ojca tajną misję, która polega na wytropieniu dziwnego handlarza. Na swoje szczęście bądź nieszczęście, dziewczynie udaje się wypełnić zadanie. Tyle że podejrzany typ okazuje się magiem – czyli członkiem społeczności, która od zawsze nienawidzi rycerzy za wszystkie okropności, jakich dopuścili się względem obdarzonych talentem po wojnie, która miała miejsce 30 lat przed główną fabułą. Dlatego mag – o imieniu Marlowe – rzuca na dziewczynę klątwę, a chociaż sam staje się potem zakładnikiem rycerzy, to ma satysfakcje, że jedyna córka dowódcy wrogów będzie powoli traciła siły aż wreszcie skona wskutek zaklęcia w męczarniach…
To tyle tytułem wstępu. Problemem Adelaite jest zatem pozbycie się klątwy, dlatego przez większą część fabuły dziewczyna albo pertraktuje z uwięzionym magiem, albo szuka wskazówek na własną rękę. Przy okazji może nawiązać bliższą relację z jednym w trzech panów. Pierwszym z nich jest Fel, podwładny dziewczyny, który zachowuje się nad szczeniak pod wpływem za dużej ilości kawy. Wszędzie go pełno, cały czas się cieszy i jakby mógł, to nie odstępowałby swojej kapitan na krok. Drugim z dostępnych „przystojniaków” okazuje się dawny znajomy ze szkoły rycerskiej, a obecnie kapitan innego oddziału – Euphia. Facet jest tak skoncentrowany na rywalizowaniu i ubliżaniu kobiecie, że prawie każda ich interakcja wygląda identycznie. Mięknie dopiero, gdy uświadamia sobie, że może stracić swoją nemezis w wyniku klątwy. Trzecim z love interest jest oczywiście wspomniany już Marlowe. Uwięziony mag nie czuł urazy konkretnie do Adelaite, ale do całego stanu rycerskiego. Stąd nic im nie stoi na drodze, aby trochę poflirtować.
Ale jak już wspominałam, to nie jest gra otome. Nie liczcie więc na jakieś zawiłe zwroty akcji czy powolne budowanie relacji. Każda ścieżka wygląda w zasadzie identycznie i prowadzi do sceny łóżkowej, której towarzyszą bardzo szczegółowe CG. Adelaite po uwolnieniu się od problemu, bardzo chętnie celebruje ten dzień ze swoim nowym partnerem.

Od strony technicznej „Les Fleursword” to już prawdziwa mordęga. Nie mamy tutaj możliwości swobodnego zapisu (jedynie co rozdział), trybu auto-play czy galerii (dopiero na koniec gry przenosi nas do pokoju, w którym możemy jeszcze raz zobaczyć zdobyte CG). Na dodatek ta gra została prawdopodobnie maszynowo przetłumaczona na angielski, bo większość dialogów to czysty żart, a gdzieś tak od połowy walnęła się również interpunkcja i wszystkie kwestie kończą się znakiem zapytania. Co jest o tyle zabawne, że niektóre z kwestii nabierają wtedy zupełnie innego wyrazu i nie raz zdarzyło mi się uderzyć czołem o biurko ze śmiechu. Zwłaszcza w tych „najważniejszych” momentach, hm hm, intymnych, bo wbrew pozorom nie jest łatwo napisać taką scenę z sensem i smakiem, a jakość tłumaczenia sprawiła, że całość to jakiś kiepski dowcip.
Warto też nadmienić, że skoro ten tytuł powstał w Makerze, to zamiast tradycyjnych „gadających głów” dostaniemy coś w rodzaju mini animacji, z chodzącymi po planszy ludzikami i z widokiem na pomieszczenia – co akurat mi nie przeszkadzało, bo ten chibi pikselowy świat był nawet uroczy. Nie spotkałam się z niczym podobnym wcześniej, ale też przeważnie unikam podobnych tytułów. Nie to, że jestem wrogiem piksel artu, po prostu trochę mi się opatrzyła taka grafika w przeszłości (kiedyś nie było wyboru) i nie mam do niej sentymentu.
Dlatego, podsumowując wszystkie „za” i „przeciw”, nie mogę tej gry polecić, nawet za wspomniane trzy złocisze (bez promocji: za siedem). To po prostu nie jest produkt, który powinien być dopuszczony do sprzedaży dla graczy anglojęzycznych. (Z czym zgadzają się użytkownicy platformy Steam, sądząc po negatywnych ocenach i opiniach…). Inaczej musicie się głowić, co się w zasadzie w „Les Fleursword” dzieje na podstawie tych mętnych napisów, a niekiedy przecierać oczy ze zdumienia.
A nawet jeśli skorzystacie z patcha naprawiającego tłumaczenie, to ten produkt spodoba się jedynie osobom szukającym czegoś „dla dorosłych”, co nawet nie jest grą, ale ma w miarę azjatycką stylistykę. W sensie: można sobie popatrzeć na te kilka „mangowych” CG i zaraz potem o niej zapomnieć, bo ten tytuł nie ma kompletnie nic innego do zaoferowania. Jest bardzo krótki, pozbawiony przyczynowo skutkowości i odpowiada na „konkretne” zapotrzebowanie. Szkoda tylko, że w tych love interest jest tyle charyzmy co w kapuście. Dlatego nie jestem pewna, czy nawet to podstawowe zadanie udźwigną.
Jak macie trochę wolnego czasu, można ewentualnie odpalić, aby się pośmiać. W czym to nie tak, że jestem jakimś przeciwnikiem gier tego typu dla kobiet. W sumie, to jest ich bardzo mało, więc może i znalazłoby się jakieś zapotrzebowanie na rynku, a ja tam zawsze jestem za wszelaką formą równouprawnienia. Myślę sobie jednak, że nawet takie gry da się po prostu zrobić lepiej.
Lista płac
Reżyser: –
Artyści/Ilustratorzy: Mein490, Minamibe, Namo
Scenarzyści: Suzuki Shitora
OST: Sakagami Souichi (OP), Kazuki Aoi (OP) „Minazoko ni Shizumu Hikari”
Kompozytor: –





